Blog > Komentarze do wpisu
Burkina Faso to chwyt

Rozmowa z Jerzym Majewskim, historykiem w V LO w Gdańsku, w szkole uczy od trzech lat

Aleksandra Kozłowska: Zanim znów wróciłam Piątki", zapytałam znajomą maturzystkę o to, kto z nauczycieli jest najbardziej internetowy": otwarty na możliwości jakie daje sieć, aktywny na społecznościowych portalach. W pierwszej trójce wymieniła Pana.

 

Jerzy Majewski, historyk: Może dlatego, że jestem na FaceBooku i Naszej-Klasie,   a uczniowie często dodają mnie do grona swoich znajomych. Korzystam także z gadu-gadu, na którym nieraz popołudniu czy wieczorami „ czatujemy” . O różnych sprawach, na pewno nie tylko o tym, co mają przygotować na sprawdzian, choć zdarzyło się, że na FBooku podrzuciłem im materiał o tym, co Rousseau, ten od „Umowy społecznej ”, pisał na temat Polski. Nie ukrywam też przed nimi, że internet jest dla mnie narzędziem pracy takim samym, jak komputer. Wykorzystuję go tak jak i oni, bez problemów. Dodatkowo, o czym może wiedzą nieliczni, jestem fanem gier komputerowych, zwłaszcza mmo, czyli gier online.  

 

Otwiera się pan przed nimi? Wpuszcza w swoją prywatność? A oni Pana?

- Zależy , co przez to rozumieć. O swoim życiu prywatnym raczej z uczniami nie rozmawiam, „przecieku” pewnych informacji nie da się uniknąć, ale staram się oddzielić szkołę od domu. Mówię z nimi za to o tym , co lubię i nie skrywam swoich reakcji na pewne zjawiska. Znają moje poglądy. Przede wszystkim szczerość i zaufanie. Już sam ten fakt jest otwarciem. A oni? Czasem aż za mocno. Ale to też oznacza zaufanie i za to im dziękuję.

 

Gadanie na portalu mocno skraca dystans. Jest też łatwiejsze niż na żywo - rozmówcy nie patrzy się w oczy. Uczniowie nie przesadzają ze spoufalaniem się?

- Nie. Zawsze, nawet przy jakimś żarcie, zwracają się do mnie „ panie profesorze" albo

„proszę pana” . Trzeba po prostu wiedzieć, na co można sobie pozwolić. A oni wiedzą. Nigdy nie przeszedłbym z uczniem na „ ty" – nie z uczniem, którego uczę . W Internecie może to by i zagrało, ale potem w szkole? Dziwnie bym się czuł, on pewnie też. Ale dystans rzeczywiście jest mniejszy niż jeszcze 10-20 lat temu. Część uczniów zna numer mojej komórki, potrafią mnie zaskoczyć czymś fajnym, np. sms-em z wakacji. To dla mnie ważne, że wychodzą ze szkoły, ale nie ucinają z nią kontaktu. Dzięki temu część absolwentów zwraca się do mnie czasem o pomoc z zadaniami, które otrzymują na studiach. Dziś po prostu uczniowie nie boją się mieć do nas zaufania. Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie życia bez nich, bez tych „moich miśków”, zawsze nie mogę się doczekać końca wakacji (śmiech).    

 

Zdarzyło się Panu trafić na jakieś kontrowersyjne zdjęcie  ucznia? Niedawno była gdzieś afera z uczennicami gimnazjum, które wrzuciły na portal swoje porozbierane fotki.

- Rozbieranych nie znalazłem, bo też nie szukam ich zdjęć. Jestem wrogiem orwellowskiego „Wielkiego Brata”, kontroli permanentnej. Ale raz, przez kompletny przypadek – bo celowo nie zamierzam ich kontrolować - trafiłem na zdjęcie niepełnoletniego ucznia z jakiejś imprezy. Z piwem, fajką, widać że… dobrze się bawił. Czy powinienem był zareagować? Na pewno tak. Ale nie od razu meldunkiem do dyrekcji czy rodziców, to przecież jego prywatne fotki. Podszedłem do niego w szkole i powiedziałem: „Słuchaj stary. Jesteś uczniem tej szkoły, a ja nauczycielem, i niezręcznie się czuję w takiej sytuacji . Kiedy już robisz coś głupiego, nie chwal się tym przed całym światem. Usuń to i uważaj na przyszłość ”. Jasne, że gdyby na tych zdjęciach popełniane było jakiekolwiek przestępstwo, rabunek, narkotyki czy   gwałt albo mord, to nagłośniłbym sprawę. Bez skrupułów i litości. Ale oni dojrzewają, uczą się życia. Więc logiczne jest, że muszą popełniać błędy. Trzeba dać im szansę.  

 

 

Ma pan też swoją stronę w Internecie. Uczniowie znają jej adres?

- Nie reklamuję jej wśród uczniów, jeżeli któryś ją znajdzie –  to jego sprawa. Nie ma na niej nic, co wiązałoby się ze szkołą , uczniami ; żadnych komentarzy, uwag. Dodatkowo piszę tam w języku angielskim, więc nie każdy ma ochotę tłumaczyć. Nie prowadzę też bloga (pomijam tu kwestię, że nie miałbym na niego czasu) - bałbym się, że poniosą mnie emocje – wrócę np. w ściekły ze szkoły i tam przeleję to wszystko. Strona powstała, ponieważ namówili mnie na to moi przyjaciele. Jest prywatna i taki jej charakter zamierzam utrzymać. Ale znów, okazuje się jednak, że jak na „wapniaka” i nie informatyka, potrafię sobie poradzić ze stworzeniem strony internetowej.

 

Ale pisze pan tam o Burkina Faso. Był pan w Afryce?

- Nie. To taki chwyt (śmiech). Oni są czasem leniwi, często myśląc, że wiedza „spada z nieba”, niechętnie np. uczą się o koloniach, nie wiedzą, które należały do Anglii, które do Francji czy Niemiec - a mówiliśmy o tym na historii . Nie ma co liczyć na to, że sami zaczną szukać informacji na ten temat, bo przecież mają tysiące innych rzeczy na głowie, więc trzeba ich czymś zachęcić . Dlatego właśnie na mojej stronie piszę o tym kraju , wręcz w „krew mi weszły” powiedzonka z Burkina Faso (już nawet uczniowie uznali to za mój znak rozpoznawczy) , i jeśli już trafią na moją stronę i przeczytają tam o tym kraju, to mam nadzieję, że zaczną dalej drążyć. Niekoniecznie właśnie o tej byłej kolonii. Może o innych krajach Afryki. Ważne, żeby rozpoczęli poszukiwania. Taka jest właśnie, według mnie, rola współczesnego nauczyciela: zaciekawić, zainspirować, pokazać, gdzie szukać i jak podchodzić do źródeł, bo wiadomo, że nie każde jest wiarygodne.

 

Często wykorzystuje pan nowe media na lekcjach?

- Różnie z tym bywa. Najczęściej laptop i rzutnik przydają się do prezentacji, którą uczniowie sami przygotowują. Omawiają tematy z historii i WOS-u. Na lekcjach bardzo przydają mi się np. zdjęcia z netu i filmy z YouTube`a, mam kilka linków do stron z naukowymi filmami. Dziś fotografia, duża, wyraźna, z rzutnika, a nie rozmyta, jak w dawnych podręcznikach, powie nieraz więcej o jakimś wydarzeniu historycznym niż cały wykład. Albo film z YouTube`a – np. o zamieszkach w 1989 w Chinach – przydaje się na WOS-ie. Gdybyśmy nie używali Internetu, bylibyśmy u nich bez szans – i tak nas mają za „wapniaków” i dlatego fajnie jest ich czymś zaskoczyć, np. znajomością skrótów internetowych, np. na gadu-gadu . Byli pod wrażeniem, gdy odchodząc na chwilę od komputera, napisałem BRB - ang. Be right back = zaraz wracam (śmiech). Cały czas musimy im udowadniać, że orientujemy się w necie i znamy ich sztuczki. Że jesteśmy – póki co, lepsi albo równi im . I oni to cenią, tak samo jak to, że potrafimy przyznać się do niewiedzy. No bo kto wie wszystko w tych czasach? Wykorzystuję też multimedia w postaci np. serwerów do przekazywania takich materiałów,   jak zdjęcia czy teksty źródłowe. Uczniowie mogą je pobierać z dowolnego miejsca np. domu i wykorzystywać w nauce. A teraz myślimy nad wykorzystaniem komputerów do sprawdzianów. Multimedia są podstawą, przede wszystkim dla nich, więc nie możemy tego pominąć. Z drugiej strony nie chciałbym, żeby każda lekcja była multimedialna. Trudno skupić się dłużej na czytaniu tekstu z ekranu, nieraz też więcej wiedzy można przekazać za pomocą tradycyjnego wykładu, a nie wykresu. Mam wrażenie, że zbytnio wierzymy w „moc kolorów”. Trzeba pamiętać, że coś błyszczącego, migocącego, niekoniecznie jest wartościowe. Doktryny ekonomiczne pokazane na slajdach? Bez sensu.

 

A co z Wikipedią? Według pana to podręcznik?

- To wiarygodne źródło, ciągle aktualizowane. Co z tego, że , w dużym stopniu, przez „amatorów” –  są za to specjalistami w swoich dziedzinach. Słyszałem historię doktoranta, który do Wikipedii wstawił swoją pracę habilitacyjną z chemii, świeżo ją obronił. A tu mu zaraz poprawili terminologię, jeszcze coś. Najpierw się „pieklił”, ale po przeanalizowaniu przyznał im rację. Sam też korzystam z Wikipedii, oczywiście nie bezkrytycznie. Stąd nie cierpię „sciągi.pl” czy tego typu „wynalazków”. Rażące błędy, subiektywne opinie i brak szacunku dla jakichkolwiek zasad uczciwości są dla mnie nie do przyjęcia.

poniedziałek, 17 maja 2010, olla.kozlowska

Polecane wpisy

  • Zmiany? Na początek system kształcenia nauczycieli

    Aleksandra Kozłowska, Gdańsk Po serii tekstów na temat V LO i Szkoły 2.0 napisał do mnie Damian Muszyński, pedagog-medioznawca z Uniwersytetu Gdańskiego. Pan Mu

  • Bez netu nie ma nauki

    Aleksandra Kozłowska, Gdańsk Wśród nauczycieli V LO w Gdańsku na pewno wyróżnia się mocnym "zinternetowaniem". Jak zresztą mogłoby być inaczej? Jarosław Drzeżdż

  • Demokracja to... klawiatura (komputera)

    Aleksandra Kozłowska, Gdańsk Krzysztof Rześniowiecki, nauczyciel Wiedzy o Kulturze i szkolny pedagog w V LO, jako jedyny Polak właśnie przeszedł do finału międz

Komentarze
2010/05/20 14:15:29
"Słyszałem historię doktoranta, który do Wikipedii wstawił swoją pracę habilitacyjną z chemii, świeżo ją obronił. A tu mu zaraz poprawili terminologię, jeszcze coś."

A dokładniej było tak:

pl.wikinews.org/wiki/%22Mnie_to_po_prostu_kr%C4%99ci%22:_wywiad_z_Tomaszem_Ganiczem,_prezesem_Stowarzyszenia_Wikimedia_Polska

na trzeciej stronie jest o tym :)

pl.wikinews.org/wiki/%22Mnie_to_po_prostu_kr%C4%99ci%22:_wywiad_z_Tomaszem_Ganiczem,_prezesem_Stowarzyszenia_Wikimedia_Polska/3