Blog > Komentarze do wpisu
Lisbon story - Laptop dla pierwszaka 5
Wpadamy do podstawówki na przedmieściach Lizbony, Andrzej wyciąga komórkę i włącza jakiegoś „gajgera”. Biega po korytarzach zachwycony i pokazuje mi na ekraniku jakieś kolorowe sinusoidy. Oczywiście nie rozumiem. Tych kreseczek jest w jednej szkole dwie, w drugiej aż siedem. - Każdy kolor to odrębna sieć - informuje Andrzej.

 

Ja bym się tak nie podnieciła odkryciem zasięgu szkolnej sieci WiFi. Co innego Andrzej Grzybowski - informatyk z Jarocina. Tam w końcu trenują od początku roku szkolnego, jak może działać szkoła z laptopami na uczniowskich ławkach. Samorząd kupił kilkaset laptopów, każda szkoła dostała po dwa albo trzy zestawy dla klas. I od razu ujawnił się  problem - nazywa się internet i słaba przepustowość sieci. Czasami jest tak, że dwie klasy w szkole nie mogą wejść do internetu jednocześnie  bo się sieć zacina. Czasami jest tak, że jak wszyscy uczniowie rzucą się do rozwiązywania zadań (hahaha) to się strona blokuje. Cóż. Jak to mówi Andrzej : 6-8 megabitów. A w Lizbonie - po 20 megabitów DSL (to znaczy, że odbiera i wysyła dane z tą samą prędkością, przez to działa szybciej). Dostęp do sieci  - na każdym piętrze.

Jest zabawnie - kiedy  wchodzimy do kolejnej szkoły, ja się rozglądam czy krzesełka wygodne, jak ustawione są ławki i podniecam salą do czytania bajek. Andrzej od razu wypatrzy albo gniazdka sieci, albo router z czteroma antenkami podwieszony u sufitu i każe mi robić zdjęcia. Albo rozbudowane serwerownie.

Serwerownia w podstawówce na przedmieściach Lizbony

 - Gdyby nasze szkoły miały takie serwerownie, skończyłby się kłopot z siecią - mówi Andrzej.

Dyrektorzy tych lizbońskich szkół patrzą na nas jak na wariatów i wzruszają ramionami. Podobno norma. Sofia Cordeiro z ministerstwa edukacji zapewnia nas że sieć jest w każdej szkole tak rozwinięta. I że każda szkoła dostała po rzutniku do każdej klasy i ekrany albo tablice interaktywne do jednej klasy na trzy.

Ale Andrzej przecież ma „gajgera” i nie da się oszukać. W jednej szkole niby serwerownia, gniazdka do sieci wszędzie, dosłownie wszędzie: na stołówce, na korytarzach, w klasach, auli  i w sali gimnastycznej. Ale sieć - only one. I tylko na parterze. Podobno przez remont. I rzeczywiście - remont widać.

A rzutniki? Wpadliśmy na biologię w gimnazjum. Już takim lepszym nie na przedmieściach. Publiczna, jedna z lepszych szkół. Na każdym poziomie duży hol z odkrytymi klatkami schodowymi. Meble  - skromne. W polskiej szkole rodzice by się buntowali, że dzieciaki siedzą przy już nie nowych ławkach i na metalowych krzesłach. A  co dopiero stołówka -  w odkrytym głównym holu. Na biologię zaciągnęli nas uczniowie, z którymi  rozmawialiśmy o laptopach.

I tak odbyliśmy lekcję o ruchach tektonicznych po portugalsku. Nie różniła się bardzo do tych, które pamiętam ze szkoły, Właściwie niby nuda: pani coś tam opowiada, czasem podpyta uczniów. Dużo spóźnialskich. Ale - co im trzeba przyznać - siedzą cicho i wydaje się, że są zainteresowani. Co chwilę zadawali pytania, widać było że się interesują. Fajna atmosfera -  luz, ale pod kontrolą, a temat cały czas idzie do przodu.

Nauczycielka wspomagała się rzutnikiem: na ekranie rysunki, wykresy, animacje. Wskaźnik laserowy. Wszystko łatwiej zrozumieć. Nie jest tak, że każdy się gapi w swój rysunek w podręczniku i odpływa. Wszyscy skupieni na tym co się dzieje na ekranie. 

sala do czytania bajek w podstawówce w Lizbonie

Od Sofii Cordeiro  słyszę, że to ministerstwo przeznaczyło  pieniądze z funduszy unijnych na remont trzystu starych szkół. Teraz wyglądają na nowe.  Oczywiście,  każdej szkoły nie byłam w stanie sprawdzić. Pedro Sousa Tavares - dziennikarz który pisze o edukacji w największej portugalskiej gazecie „Diario di noticias” - mówi mi, że z trzystu szkół na razie wyremontowano kilkadziesiąt i że do remontu musialy jednak dopłacać.

 

 

 



sobota, 14 maja 2011, olapez

Polecane wpisy

Komentarze
iqqa
2016/08/23 12:14:13
Z doświadczenia wiem, że korzystanie z laptopa przez Pierwszaka w Polsce kończy się wizytą w serwisie laptopów
Pracowałem kiedyś w częstochowskim i czasami można było złapać się za głowę co te maluchu "potrafią" ;)