czwartek, 06 maja 2010
Do szkoły? Nieeee! A jednak wracam

- Umiesz?

- Co????

- No jak to? Przecież jest klasówa z fizy! Powtórka z półrocza. Nic nie umiesz?

Budzę się zlana potem. Rany! Co za koszmar! Uświadamiam sobie, że na szczęście nie idę do szkoły, na szczęście nie będzie dziś fizy i na szczęście nie muszę już wkuwać o tych siłach co tam oddziaływują jedna na drugą, czego oczywiście nie do końca rozumiem, a nie wiedzieć czemu muszę pojąć na podstawie narysowanych na tablicy strzałek.  O, i co za szczęście, że idę po prostu do pracy. Na pewno? Przewrotny losie! Wracam w mury mojej budy!

Matura 1991

Oto ja – Małgorzata Rusek - uczennica klasy 4 E. Matura rocznik 1991.

Wracam do IV Liceum Ogólnokształcącego im. Tytusa Chałubińskiego w Radomiu, aby się przekonać, jak tam teraz jest. Już wiem, że w sekretariacie powitają mnie moje panie sekretarki, które kiedyś mówiły do mnie „Małgoniu”. Czy odnajdę tam dawnych nauczycieli? Wiem, że nie ma już srogiego i budzącego w nas strach fizyka. Tak naprawdę nie był aż taki srogi, miał taką pozę. Po prostu starał się nam wszelkimi siłami chociaż odrobinę tej fizyki wlać do głów. Pamiętam jak rzucał groźne spojrzenie, zwłaszcza przed półroczem i pod koniec roku i mówił: „Zbliża się okres, krew się poleje do wielkiej misy”. Cóż, płakaliśmy rzewnymi łzami, niektórzy pisali egzaminy komisyjne, ale jakoś udawało się przebrnąć.

W szkole nie pracuje już niesamowity oryginał, profesor od biologii. Ciepły i dobroduszny potrafił przepraszać ucznia za to, że niechcący usiadł na jego kanapce, którą notabene podrzucili mu na krzesło figlarni dowcipnisie. Nie ma też już wśród kadry pani od geografii, która choć ze względu na niewysoki wzrost ginęła wśród moich kolegów koszykarzy, to była wielka duchem. Od niej słyszeliśmy o Katyniu, o tym, że tam zginął jej ojciec, że to wpłynęło na jej losy. Takich osób, które wspomina się z ogromnym sentymentem, było tam więcej, jak choćby nasza wychowawczyni – sorka od chemii. Na jednej z pierwszych lekcji wychowawczych na tablicy wypisała wzory chemiczne, aby obrazowo wyjaśnić młodzieży, na czym polega… ból dnia po imprezie. Mówiła o tym, jak białko się ścina w kontakcie z alkoholem i że neutralizuje to kwas, na przykład z ogórków kiszonych, po czym zakończyła – Więc nie pijcie drogie dzieci, szkoda żołądka! A tak poza tym, to wciąż i z uporem ratowała nasze niesforne głowy przed gromami ze strony innych nauczycieli i najróżniejszymi kłopotami, w które, z uporem maniaków, sami się wpędzaliśmy. Bo nie ma co ukrywać, ale aniołkami nie byliśmy. Pani profesor chyba mocno wierzyła, że wyjdziemy na ludzi i jak się okazało, miała rację ;-)

Małgorzata Rusek

No więc idę znów do szkoły. Zamiast torby na ramię z książkami, torebka, a w środku dyktafon, aparat cyfrowy, laptop z dostępem do internetu, komórka – wszystkie dobrodziejstwa dzisiejszej technologii. Pewnie to samo noszą w plecakach i torbach szkolnych dzisiejsi „chałubińszczacy”. To zupełnie inne pokolenie, pokolenie ery Internetu. Czy w starych murach, przy tym wszystkim, pozostał nadal duch MOJEJ szkoły?

Małgorzata Rusek, Radom

11:18, malgorzatarusek , Radom
Link Dodaj komentarz »

 

To ja

To ja. Agnieszka od dziewięciu lat Domanowska. Wcześniej byłam Chojnowska, dla przyjaciół Choinka. Wracam do swojej szkoły, do swojej klasy, do swojej ławki. Strasznie jestem ciekawa tego doświadczenia, kiedy wejdę głownym wejsciem, później na piętro, do sekretariartu...ale tam juz chyba nie bedzie naszej pani Wandeczki. Kto będzie i jak bedzie? Ale zanim się o tym przekonam kilka wspomnień.

***

Był rok 1990. Kończyłam podstawówkę i szczerze powiedziawszy nie za bardzo wiedziałam jak wybrać szkołę średnią. Byłam pierwszym rocznikiem, który mógł wybierać między szkołami społecznymi (wówczas powstały dwie pierwsze w Białymstoku) a szkołą państwową. Za namową rodziców papiery złożyłam wszędzie Pierwszy egzamin do Katolickiego Liceum Ogólnokształcącego był chyba już na początku czerwca. Dostałam się i dalej już nie próbowałam. I tak oto znalazłam się w szkole, o której tak naprawdę wiadomo było niewiele, a raczej w ogóle.

Pierwsze zajęcia odbywały się salkach katechetycznych przy kościele św. Rocha. Były smutne, szare i miały odrapane ławki, które pamiętały jeszcze czasy powojenne. Później dostaliśmy budynek, który sami musieliśmy sobie wyremontować. I od tej chwili tak naprawdę wszystko się zaczęło. Bo który licealista ma takie wspomnienia jak ja. W naszej klasie sami  malowaliśmy ściany, skręcaliśmy krzesła, ławki, zawieszaliśmy tablicę ( ta były jak na tamte czasy wypasiona - biała, pisało się na niej specjalnymi markerami). Na koniec zawiesiliśmy firanki, postawiliśmy kwiatki, ktoś przyniósł czajnik elektryczny i zaczęliśmy całkiem nowe życie.

To moja klasa w nowej szkole. Druga od lewej to ja.

To moja klasa

Dlaczego ta szkoła była inna? Młodzi nauczyciele, którzy w większości byli raczej jak starsi koledzy, niż belfrowie, wspólne wyjazdy co najmniej raz w roku, bywało częściej.

Szkoła od początku kładła nacisk na profile. Jak ktoś był w klasie humanistycznej - tak jak ja - nie musiał być orłem matematyki, czy fizyki.

Nasz wychowawca, który był matematykiem, kiedy robił sprawdziany, po napisaniu zadań na tej białej, wypasionej tablicy wychodził z klasy.

- Dla podniesienia poziomu - mówił. Jedna osoba rozwiązywała zadania, wszyscy przepisywali i wszystko było ok. Do dziś ten cudny matematyk utrzymuje z nami kontakty - co jakiś czas spotykamy się przy piwku i wspominamy stare dzieje sprzed ... o kurcze już dwudziestu lat.

Był też etyk, który był przezabawny. Raczył nas historyjkami rodzinnymi, o tym jak przychodziła teściowa, to on zaczynał grać na trąbce i ta nie wytrzymywała. Do tego miał  śmiech podobny do odgłosów jakie wydają pawiany. Kiedy wystawiał oceny semestralne stawiał piątki i szóstki. Obiecywał, że ci, którzy teraz piątki w następnym semestrze dostaną szóstki. Niestety nie zdążył ich wystawić. Umarł.

Kiedy patrzę na dzisiejsze szkoły pełne komórek, sal komputerowych, gdzie wszędzie króluje pan Internet zastanawiam się jak współczesny licealista odnalazłby się w moich czasach, kiedy z cudów techniki było w niej tylko xero.

Wracam do szkolnej ławy - dosłownie. Niebawem wybiorę się do swojego liceum, które dzisiaj już nie nazywa się katolickie tylko społeczne. Wiem, że ze starej kadry zostało tam zaledwie kilku nauczycieli. Czy mnie pamiętają? Jacy są dzisiaj? Ale najbardziej jestem ciekawa ucznia, który siedzi na moim miejscu? Czy w ogóle jest jeszcze to moje miejsce?

Agnieszka Domanowska, Białystok

Powrót do szkolnej ławki

Dziś już właściwie nie pamiętam jak trafiłam do I Liceum Ogólnokształcącego im.Stanisława Konarskiego w Rzeszowie. Najstarsze, najlepsze, w sercu miasta było dla kilku koleżanek celem od zawsze, a dla mnie owianą mitem szkołą dla prymusów. Piątki na świadectwie w podstawówce wprawdzie jakieś były, ale wolałam modne wówczas V LO.

Nie wiem zatem czy to sugestia mamy, czy może czar pierwszej wizyty w ponad trzystuletnich murach szkoły przy ul. 3 Maja sprawiły, że moje podanie trafiło jednak do "pierwszego". I kiedy po egzaminach wstępnych odnalazłam swoje nazwisko na liście przyjętych do humanistycznej I "a" z poczuciem nieukrywanej dumy rozpoczęłam naukę Sonetów krymskich, faktów z czasów Komuny Paryskiej...oraz łacińskich słówek i koniugacji (budowa mitochondriów, rachunek prawdopodobieństwa czy wzory kwasów też spędzały mi sen z powiek).

Plastusiowa ławka w Muzeum Dobranocek

Skłamałabym pisząc, że chcę znów usłyszeć szkolny dzwonek. I to nie dlatego, że dziesięć lat po maturze nadal śni mi się klasówka z łaciny u prof. Środoń. Ale dlatego, że redakcja „Gazety” sąsiaduje z moim dawnym liceum i doskonale wiem, kiedy uczniowie „pierwszego” zaczynają lekcje.

Wracam do szkolnej ławki, bo rola wścibskiej sąsiadki podglądającej ich przez okno, to za mało by zaspokoić ciekawość.

Jak tam dzisiaj jest?

Sprawdzę na własnej skórze. A nuż któryś z nauczycieli mnie pamięta i po starej znajomości nie wyrwie od razu do odpowiedzi :)

Lucyna Szura, Rzeszów

08:18, lucynaszura , Rzeszów
Link Dodaj komentarz »
Superhiper kombajn bizon...

O co kaman? Zdaje się pytać z wyrzutem mały Jędruś...

mały jędruś

Jego babcia Reginka powiedziałaby ciepło: Jędruś lubi figliki:-) I to właściwie od małego, znaczy od dziecka. I tak zostało mu, znaczy mi, na długie lata. Jak na razie na długie 40 lat! Z perspektywy czasu śmiało mogę powiedzieć, a i pewnie wielu moich nauczycieli przytaknęłoby ochoczo, że figlikowatość przedkładałem ponad wszystko. I w podstawówce, i w szkole średniej i na każdym innym etapie edukacji. Do tego ta romantyczna duszyczka. W podstawówce np. przedkładałem kopanie piłki pod blokiem i pierwszą, animowaną wersję przygód gościa z wielgachnym nosem - Cyrano de Bergeraca. Nauka? No bez przesady. Jedno szło mi jednak w szkole najlepiej. Sumiennie zapracowywałem sobie na miano zdolnego lenia:-) W sumie to chyba dobrze, bo gdybym wtedy ślęczał nad książkami, to dzisiaj nie pisałbym tego bloga.

 

śreni jędruś

Szkoła średnia? Jejku, jak ja chciałem naprawiać radia i telewizory, wzorem mojego wujka Wojtka. Dlatego wybór padł na Technikum Elektryczne (oczywiście w ukochanym i rodzinnym Płocku), czyli Zespół Szkół Zawodowch nr 2, czyli Elektryk. Zaczęło się edukacyjne szaleństwo - nauczyłem się ściągać, chodzić na wagary i na każdą lekcję przychodzić z jednym zeszytem. Bo stary już mi się skończył:-) Ale za to wszystko robiłem z fantastycznymi ludźmi i w szkolnej ławce, i za katedrą. Choć do dzisiaj się czerwienię na wspomnienie największej wpadki, gdy stojąc za plecami pani Małowiejskiej, próbowałem recytować Stepy Akermańskie ze ściągi. Porażka totalna. Trochę głupio było też latać któregoś roku po każdej lekcji do nauczycieli z dzienniczkiem, żeby potwierdzali moją obecność w szkole. Inna sprawa, że prawdę powiedziawszy i na to znalazłem w końcu sposób:-)

 

duży jędruś

Dziś Jędruś wygląda tak i nazywa się Zarębski. Andrzej Zarębski. Nie naprawiam telewizorów, nie jestem piłkarzem, ani nawet aktorem, bo i takie plany miałem w życiu. Jestem za to dziennikarzem "Gazety". Żeby było ciekawiej sportowym, znów wepchniętym na oświatowe tory. Mam misję do wykonania. Wrócę do mojego Elektryka, w którym spędziłem długich pięć lat. Między innymi po to, żeby wyjaśnić tytułową tajemnicę i pojęcie "superhiper kombajn bizon". Ale wrócę też do maleńkiej Szkoły Podstawowej w Cieślach, gdzie przez rok miałem przyjemność być... nauczycielem polskiego i (o zgrozo) plastyki. To ostatnie było karkołomnym doświadczeniem, zważywszy, że mam poważne kłopoty z rozpoznawaniem barw. Dla przykładu dopiero kilka dni temu zorientowałem się, a właściwie po raz pierwszy świadomie nazwałem kolor pięknych oczu mojej żony. Są zielone:-)

Wracam żeby... Ale o tem - potem!

Andrzej Zarębski, Płock

środa, 05 maja 2010
Moje zdjęcia w mundurze. Prawdziwe i nieprawdziwe

mundurek

Chodziłam do Szkoły Podstawowej nr 21 w Bielsku-Białej. To była szkoła harcerska. Wszyscy uczniowie byli obowiązkowo najpierw zuchami, a potem harcerzami. Od czasu do czasu trzeba było przychodzić do szkoły w takim właśnie gustownym mundurku. O wiele ładniejszym zresztą, niż wstrętne, niebieskie fartuchy z dopinanymi białymi kołnierzykami.

Po tamtych harcerskich czasach zostało mi właśnie to jedno, jedyne zdjęcie. Do szkoły przyszedł fotograf, zrobił nam zdjęcia w mundurkach. Bardzo cenna pamiątka.

Mój tata był informatykiem, więc już wtedy wiedziałam, że na świecie istnieje coś takiego jak komputery. Ale nawet nie próbowałam się zastanawiać, do czego taki „elektroniczny mózg” może służyć. Do głowy by mi wtedy nie przyszło, że dzięki komputerowi każdy będzie mógł mieć zdjęcie w dowolnym mundurze.

mundur

To zdjęcie sprzed kilku lat, gdy pracowałam już w „Gazecie Wyborczej”. Fotomontaż zrobiony na użytek artykułu. Okazało się wtedy, że do armii zgłasza się tylu ochotników, że krawcy nie nadążają z szyciem dla nich mundurów. Czasem na mundury żołnierze musieli trochę poczekać. Tymczasem do wojskowych dokumentów, które musieli jak najszybciej wyrobić, potrzebne im były zdjęcia w galowym rynsztunku.

Pracownicy jednego z bielskich zakładów fotograficznych znaleźli na to sposób: fotomontaż. Dzięki komputerowemu oprogramowaniu „doklejali” fotografie twarzy żołnierzy do zdjęcia galowego munduru.

Tylko wprawne oko mogło dostrzec, że na zdjęciach wojaków w zakładzie fotograficznym wszystkie mundury wyglądają tak samo: żołnierzom identycznie układały się kołnierzyki koszul, a na ramieniu mundur tworzył fałdę.

Ewa Furtak, Katowice

1 ... 26
 
| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30