piątek, 21 maja 2010
Zmiany? Na początek system kształcenia nauczycieli

Aleksandra Kozłowska, Gdańsk

Po serii tekstów na temat V LO i Szkoły 2.0 napisał do mnie Damian Muszyński, pedagog-medioznawca z Uniwersytetu Gdańskiego. Pan Muszyński kończy właśnie doktorat na temat: "Uczenie się w przestrzeni wirtualnej jako doświadczanie miejsca. Badanie horyzontalnych portali internetowych i serwisów społecznościowych", na potrzeby pracy przebadał niedawno trójmiejskich internautów.

Aleksandra Kozłowska: Przebadał pan dwie grupy trójmiejskich internautów: nastolatków, którym komputer towarzyszy od urodzenia i ludzi trochę starszych, którzy z netem zetknęli się dopiero w liceum albo na studiach. Spytał ich pan o to czego i jak uczą się w internecie. Jakie wnioski?

Damian Muszyński: Jedna i druga grupa badanych przyznała, że czerpie wiedzę z popularnych portali informacyjnych: wirtualnej polski, onetu, gazety.pl jak i przede wszystkim z Wikipedii, ale uważa, że ta wiedza jest powierzchowna, niepewna i wymaga weryfikacji, sprawdzenia w kilku innych źródłach. I tu ciekawa sprawa - źródłem głębszej wiedzy wciąż pozostaje słowo drukowane, w tym np. gazety. Nie sądzę więc by spełniły się prognozy na temat upadku tradycyjnej prasy czy książek. Potwierdzają to badania prof. Czapińskiego - wynika z nich, że aktywni internauci częściej kupują normalne" gazety niż ludzie nie zaangażowani w internet.

Ale sami uczniowie przyznają, że nie czytają lektur tylko opracowania z internetu, a nauczyciele dodają, że dłuższy tekst drukowany młodych nuży.

- To prawda. Obserwujemy w tej chwili wyraźną opozycję: linearny, czyli tradycyjny sposób czytania od lewej do prawej, charakterystyczny jeszcze dla naszego pokolenia kontra hipertekstualność, typową dla internetu, gdzie nie ma jednego tekstu a wiele fragmentów różnych informacji z odesłaniem: więcej". A zupełnie inaczej czyta się tekst tradycyjny, który wymaga skupienia i uwagi, niż hipertekst - jego odbiór nazywa się "skanowaniem" - bo czyta się go z ogólnym zrozumieniem sensu, bez wnikania głębiej. Młodzież od dziecka wychowana na komputerach nie szuka w necie dokumentu do końca wyjaśniającego dany problem a skupia się na samym poszukiwaniu, wchodzeniu w kolejne linki. Bycie w internecie to stan permanentnego nienasycenia, gonienia za nowością. Widać to także na portalach społecznościowych, gdzie internauta na bieżąco, płynnie konstruuje swoją tożsamość, co chwila zmienia swoje opis i profile. Bo internet to dla młodych przede wszystkim komunikacja. I znów nie potwierdza się obiegowe przekonanie, że sieć alienuje i niszczy "prawdziwe" relacje. W necie są one, owszem płytsze ale z przywoływanych już przez mnie badań prof. Czapińskiego wynika, że aktywni internauci są bardziej skorzy do kontaktów międzyludzkich w realu, niż ci, którzy od komputera trzymają się dalej.

A jak do tego ma się szkoła?

- Polska szkołą wciąż pozostaje w objęciach systemu klasowo-lekcyjnego, myślenia linearnego, edukacji w której liczy się głównie wiedza encyklopedyczna. Nawet jeśli po szkole nauczyciel ma kontakt ze swoimi uczniami na Face Booku czy Naszej Klasie albo wrzuci im na forum materiały do sprawdzianu, to rano znów staje na katedrze i realizuje program bo jakość nauczania to dzisiaj parametryzacja efektów kształcenia, a nie atrakcyjność przekazywanej wiedzy, np. w multimedialnej formie.

I uczniowie i nauczyciele, z którymi rozmawiałam w V LO mówią, że woleliby żeby szkoła uczyła wyszukiwania informacji a nie ich pamięciowego opanowania. Może MEN powinno przygotować listę ciekawych, edukacyjnych stron w internecie, dać im coś w rodzaju atestu żeby uczniowie z czystym sumieniem czerpali z nich wiedzę?

- Myślę, że zmiany powinny zacząć się od zmian w systemie kształcenia nauczycieli. Potrzebne im są kluczowe umiejętności, np. wyszukiwanie informacje w sieci (a wielu z nich nie ma pojęcia np. o naukowo-edukacyjnej wyszukiwarce google scholar) i krytyczna analiza tego, co tam znaleźli. Do tego inne spojrzenie na wiedzę - nie ma już jednego obowiązującego kanonu, są różne typy wiedzy bo i różna jest rzeczywistość, w jakiej żyjemy. Szansę dla szkoły widzę też w inteligencji zbiorowej" (określenie socjologa Pierre’a Lèvy’ego), wspólnotowym tworzeniu informacji - przykładem jest Wikipedia i wspólnotowym zarządzaniem tymi informacjami.

Damian Muszyński, pedagog-medioznawca, asystent i doktorant w Pracowni Edukacji Medialnej (Instytut Pedagogiki) Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Gdańskiego. Wraz z Grzegorzem Stunżą opublikował książkę Społeczne konteksty internetu. Implikacje dla edukacji (2008).

 

15:00, olla.kozlowska , Trójmiasto
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 maja 2010
Bez netu nie ma nauki

Aleksandra Kozłowska, Gdańsk

Wśród nauczycieli V LO w Gdańsku na pewno wyróżnia się mocnym "zinternetowaniem". Jak zresztą mogłoby być inaczej? Jarosław Drzeżdżon uczy matematyki i informatyki.

Aleksandra Kozłowska: Jaki Pana zdaniem przedmiot jest w szkole najważniejszy?

Jarosław Drzeżdżon: Oczywiście, że technologia informacyjna oraz informatyka. He, he, prawie każdy tak powie o swoim przedmiocie. Ale fakty są takie, że umiejętności związane z zastosowaniem komputerów są wykorzystywane poza szkołą, w pracy, towarzysko, by załatwić sprawy urzędowe. A gros wiedzy i umiejętności przedmiotów w szkole po zakończeniu edukacji jest zapominana, ponieważ ich po prostu nie stosujemy – może w teleturniejach, czy krzyżówkach. Uważam, że twierdzenie iż wiedza z innych przedmiotów rozwija, to mydlenie oczu, bo wiedza ta jest z reguły przekazywana schematycznie i encyklopedycznie, np. pamiętam z czego składa się komórka, a rozpoznawanie grzybów jest już wielką tajemnicą, ile wydobyto węgla w Chinach w 1950 ? - po co właściwie dostawałem takie pytanie na odpytywaniu z geografii?

Czyli informatyka rządzi?

- Dobrze by było, ale tu pojawia się problem nauczycieli. Bo nauczyciele informatyki - to, o mamo, zgroza. Mało jest nauczycieli, którzy nadają się do tego zawodu. Prestiż nauczyciela informatyki jest - mówiąc językiem dyplomatycznym - mały, nijaki. Cóż, uczniowie, którzy
nierzadko posiadają większe umiejętności używania komputerów niż nauczyciele po prostu się z nich śmieją. Brak wizji nauczania informatyki i technologii informacyjnej nadrabiają nauką Microsoft Office'a o clickologii ikonek programu. A sami mają problemy z poprawnym zredagowaniem CV. Same ikonki nie wystarczą.

A Pan czego uczy?

- Programowania. Zdarza się, że przychodzą tacy pierwszoklasiści przyzwyczajeni do tego, że na informatyce to się gra w gierki i siedzi na gg. Więc patrzą na mnie lekko z góry: E, co on tam może nam powiedzieć, czego sami nie wiemy. A tu niespodzianka. Bo ja uczę programowania, i to na serio. Od trzech lat działa u nas projekt „spoj” (www.spoj.pl). Cała zabawa polega na tym, że ja tworzę zadania, a uczniowie je sami rozwiązują, czyli czytają, czasami szukają informacji w necie, piszą program komputerowy, wysyłają rozwiązanie, otrzymują informacje zwrotną - program nieprzyjęty, poprawiają, wysyłają ponownie i straszne się cieszą, że się udało, że są lepsi od kolegi, koleżanki, nauczyciela. Uczniowie uczą się więc programowania w sposób indywidualny, lepsi uczniowie rozwiązują trudniejsze problemy, słabsi tylko te łatwe. I każdy jest zadowolony. Uczeń - uff - zaliczył kolejny program, nauczyciel - uczniowie robią programy.
Nigdy jednak nie udaję, że wiem wszystko. Zaraz na pierwszej lekcji pokazuję na tablicę mówiąc, że to cała informatyka. Kilkanaście cm od krawędzi rysuję pionową linię i ten mały fragment zaznaczam jako to, co ja wiem, a gdzieś jeszcze bliżej zaznaczam linię i mówię: a tyle wy wiecie.

 A co z netykietą? Uczy ich Pan zasad zachowania się w necie?

- Oczywiście. Netykietę mają już dzieciaki w podstawówce. Ale trzeba też pamiętać, że każdy uczeń jest inny, wymaga indywidualnego podejścia i nauczyciel sam powinien wyczuć jak reagować, np. gdy trafi na „imprezowe” zdjęcia niepełnoletnich – bo moim zdaniem to ich prywatna sprawa, co tam wrzucają. To młodzież w takim wieku, kiedy wszelkie zakazy irytują. Co innego, gdy w grę wchodzi łamanie prawa. Ale w Polsce prawo karne nie ściga za ściąganie plików, tylko za ich rozpowszechnianie. Za ściąganie np. muzyki czy filmów może ich pozwać właściciel praw autorskich z kodeksu cywilnego. I tak uczniom to przedstawiam. Łamaniem prawa jest też floodowanie, czyli wysyłanie jednej i tej samej wiadomości na jeden adres, no np. tysiąc razy. Mieliśmy raz taki przypadek, że uczniowie, którym właśnie pokazałem nowy program, wykorzystali go do floodowania i wysłali do Google`a setki mejli. Mieliśmy zagwozdkę: wzywać prokuraturę czy nie? Skończyło się na poważnej rozmowie.

Czy na informatyce uczniowie też kopiują gotowce z sieci? Jak Pan to sprawdza? Jak reaguje?

- Nie unikniemy całkowicie ściągania gotowych odpowiedzi, napisanego przez kogoś innego algorytmu, próby zaliczenia nie swojego programu lub programu z nieznacznymi zmianami lub po prostu zakupienie program u innego ucznia. Ale zadajmy sobie pytanie, czy oszukują mnie, czy siebie? Dziś udało mu się zaliczyć, ale jutro to może go o wiele więcej kosztować... Staram się na zajęciach informatyki prezentować treści i problemy z życia wzięte lub tematy, które zostaną zgłębione na studiach. Jeśli teraz uczeń się nie przyłoży, później, być może już na studiach będzie za to płacił nieprzespanymi nocami, stresem, wykosztuje się na korepetycje lub kursy, a np. taki kurs z podstaw programowania w C++ kosztuje ok. 3000zł.
Sprawdzenie kilkuset programów jest niewykonalne, raczej sprawdzam wyrywkowo programy i je porównuję; oprogramowanie portalu spoj.pl: online judge dokonuje za mnie weryfikacji programu pod względem poprawności i rozwiązywalności zadania. Ponadto każdy uczeń w ciągu roku szkolnego wykonuje dwa projekty semestralne, które mają tak określoną formę, że ciężko było by je ściągnąć z Internetu – wymagają kreatywności ucznia, a ponadto uczeń sam na lekcji dokonuje prezentacji projektu na forum klasy. Oczywiście miałem sytuacje, gdy musiałem zgłosić dyrekcji plagiat. Na szczęście zdarza się to stosunkowo rzadko.

 Dzisiejsi nastolatkowie to pierwsze pokolenie, które nie pamięta czasów sprzed Internetu. Dostrzega Pan w nich jakieś inne plemię?

- Młodzi ludzie to osoby, które nie wyobrażają sobie już odrabiania pracy domowej bez Internetu, zdobywania informacji w innym miejscu niż w Internecie. Więcej, ja nie wyobrażam sobie edukowania bez Internetu. Kilka dni temu oznajmiłem swojemu 10-letniemu synkowi, by poszukał odpowiedzi na pytanie z pracy domowej na stronach Wikipedii. Po chwili, sam byłem zdziwiony jak smyk w googlach wpisywał pytanie z pracy domowej. Przeżyłem szok... 10 letni malec.
Internet z całą pewnością zmienił i nadal zmienia młodych - ich światopogląd, osobowość, kreuje również ich życie towarzyskie. Na szczęście jest to również pokolenie, które nie demonizuje internetu jak ich rodzice lub dziadkowie. Tak, można ich nazwać już cyberpokoleniem lub plemieniem XXI wieku – wieku informacji.

 

19:01, olla.kozlowska , Trójmiasto
Link Komentarze (1) »
Demokracja to... klawiatura (komputera)

Aleksandra Kozłowska, Gdańsk

Krzysztof Rześniowiecki, nauczyciel Wiedzy o Kulturze i szkolny pedagog w V LO, jako jedyny Polak właśnie przeszedł do finału międzynarodowego konkursu internetowego "Democracy Challenge". Rozmawiamy o tym w jego gabinecie.

Aleksandra Kozłowska: Zadaniem uczestników było przygotowanie nie dłuższego niż 3 minuty filmiku będącego rozwinięciem zdania: "Democracy is...". Dla Pana demokracja to... klawiatura komputera, a szerzej po prostu Internet.

Krzysztof Rześniowiecki: Rzeczywiście. Internet to dla mnie przede  wszystkim ogólnoświatowy sposób komunikowania się, a na tym polega przecież demokracja: to wolność wypowiadania się, wyrażania siebie. Pomyślałem aby pokazać ideę demokracji poprzez odpowiednią „grę aktorską" ... klawiszy komputerowych. Układają się one w proste hasła: demokracja to tolerancja, możliwość wyboru, wolny rynek... Film zrobiłem w  technice stop-motion, czyli poklatkowej (zupełnie tak jak robiło się poczciwego „Misia Uszatka"),
trwa on minutę i czterdzieści sekund – wykonałem do niego około 500 zdjęć. Od strony technicznej pomógł mi bardzo kolega, Jacek Bandzmer.

Teraz mogą na niego głosować internauci.
- Tak - głosowanie potrwa do 15 czerwca, można głosować raz na dobę z danego komputera. Kiedy w styczniu tego roku Departament Stanu USA za pośrednictwem swoich ambasad ogłosił drugą edycję konkursu (rok temu wśród zwycięzców konkursu był Polak, Łukasz Szozda), napłynęło ponad 600 filmów, z Polski 9. 15 maja jury zawęziło ilość obrazów do 18 z całego świata. Teraz Europę reprezentuję ja oraz twórcy z Hiszpanii i Azerbejdżanu. Kolejny etap rozstrzygnie się 15 czerwca, kiedy to zakończy się ogólnoświatowe głosowanie on- line - w ten sposób zostanie wyłonionych 6 zwycięzców z całego świata, po jednym z każdego regionu geograficznego. Nagroda jest naprawdę fantastyczna: dziesięciodniowa wycieczka do Waszyngtonu, Nowego Jorku i Hollywood okraszona spotkaniami z ludźmi ze świata polityki i filmu.

Wykorzystuje Pan Internet także podczas lekcji?

- Tak. Uczę Wiedzy o Kulturze. Ponieważ nie mam na to zbyt wiele czasu - jedna godzina tygodniowo, tylko w jednym roku na poziomie 3 lat liceum, staram się przedstawić uczniom podstawowy kanon: na czym polega styl romański, gotyk, barok, impresjonizm czy konceptualizm. Wykorzystuję więc Internet do ściągania reprodukcji dzieł sztuki. Potem wyświetlamy je z rzutnika. Jasne, że w bibliotece są albumy z malarstwem ale każdy musiałby mieć swój a tyle nie ma. Sieć przydaje się także do wirtualnego zwiedzania światowych muzeów, nie trzeba jechać do Londynu żeby zobaczyć National Gallery. Wchodziliśmy też na stronę The Saatchi Gallery, jest tam link gdzie można podesłać własne dzieło sztuki narysowane w jakimś programie graficznym i ono wyświetli się na ich stronie. To ciekawy przyczynek do dyskusji o tym, że dziś każdy może być artystą. Tak naprawdę Internet jest po to żeby zainteresować czymś młodzież. Nie ma przecież szans, że nagle któryś z nich obudzi się rano i pomyśli: „Muszę sprawdzić kto to by ten Bergman". To ja muszę pokazać im kadry np. z „Siódmej pieczęci", choćby ten z rycerzem grającym ze Śmiercią w szachy, żeby ich w to wciągnąć.

Internet, komputer to tylko plusy?
- Nie. Dzisiejsze komputerowe pokolenie traci zdolności manualne. Dostrzegłem to wcześniej, gdy uczyłem jeszcze plastyki - szkoda, że już jej nie ma w liceum bo pozwalała odreagować emocje. Dzisiejsze nastolatki rysują jak przedszkolaki. I nie chodzi mi tylko o
umiejętności ale i pomysłowość. Ale znacznie poważniejszym zagrożeniem jakie niesie Internet, jest łatwość zniszczenia człowieka – „Gazeta" pisała ostatnio o lekarzu, którego na forach i poprzez mejle nęka zakochana pacjentka. Sam pewnie też miałbym problemy z udowodnieniem, że jak to się mówi „nie jestem wielbłądem" - obrabianie zdjęć to dziś
łatwizna nawet dla ucznia podstawówki.

Na filmy o demokracji można głosować na stronie:
www.youtube.com/democracychallenge

14:06, olla.kozlowska , Trójmiasto
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 maja 2010
Burkina Faso to chwyt

Rozmowa z Jerzym Majewskim, historykiem w V LO w Gdańsku, w szkole uczy od trzech lat

Aleksandra Kozłowska: Zanim znów wróciłam Piątki", zapytałam znajomą maturzystkę o to, kto z nauczycieli jest najbardziej internetowy": otwarty na możliwości jakie daje sieć, aktywny na społecznościowych portalach. W pierwszej trójce wymieniła Pana.

 

Jerzy Majewski, historyk: Może dlatego, że jestem na FaceBooku i Naszej-Klasie,   a uczniowie często dodają mnie do grona swoich znajomych. Korzystam także z gadu-gadu, na którym nieraz popołudniu czy wieczorami „ czatujemy” . O różnych sprawach, na pewno nie tylko o tym, co mają przygotować na sprawdzian, choć zdarzyło się, że na FBooku podrzuciłem im materiał o tym, co Rousseau, ten od „Umowy społecznej ”, pisał na temat Polski. Nie ukrywam też przed nimi, że internet jest dla mnie narzędziem pracy takim samym, jak komputer. Wykorzystuję go tak jak i oni, bez problemów. Dodatkowo, o czym może wiedzą nieliczni, jestem fanem gier komputerowych, zwłaszcza mmo, czyli gier online.  

 

Otwiera się pan przed nimi? Wpuszcza w swoją prywatność? A oni Pana?

- Zależy , co przez to rozumieć. O swoim życiu prywatnym raczej z uczniami nie rozmawiam, „przecieku” pewnych informacji nie da się uniknąć, ale staram się oddzielić szkołę od domu. Mówię z nimi za to o tym , co lubię i nie skrywam swoich reakcji na pewne zjawiska. Znają moje poglądy. Przede wszystkim szczerość i zaufanie. Już sam ten fakt jest otwarciem. A oni? Czasem aż za mocno. Ale to też oznacza zaufanie i za to im dziękuję.

 

Gadanie na portalu mocno skraca dystans. Jest też łatwiejsze niż na żywo - rozmówcy nie patrzy się w oczy. Uczniowie nie przesadzają ze spoufalaniem się?

- Nie. Zawsze, nawet przy jakimś żarcie, zwracają się do mnie „ panie profesorze" albo

„proszę pana” . Trzeba po prostu wiedzieć, na co można sobie pozwolić. A oni wiedzą. Nigdy nie przeszedłbym z uczniem na „ ty" – nie z uczniem, którego uczę . W Internecie może to by i zagrało, ale potem w szkole? Dziwnie bym się czuł, on pewnie też. Ale dystans rzeczywiście jest mniejszy niż jeszcze 10-20 lat temu. Część uczniów zna numer mojej komórki, potrafią mnie zaskoczyć czymś fajnym, np. sms-em z wakacji. To dla mnie ważne, że wychodzą ze szkoły, ale nie ucinają z nią kontaktu. Dzięki temu część absolwentów zwraca się do mnie czasem o pomoc z zadaniami, które otrzymują na studiach. Dziś po prostu uczniowie nie boją się mieć do nas zaufania. Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie życia bez nich, bez tych „moich miśków”, zawsze nie mogę się doczekać końca wakacji (śmiech).    

 

Zdarzyło się Panu trafić na jakieś kontrowersyjne zdjęcie  ucznia? Niedawno była gdzieś afera z uczennicami gimnazjum, które wrzuciły na portal swoje porozbierane fotki.

- Rozbieranych nie znalazłem, bo też nie szukam ich zdjęć. Jestem wrogiem orwellowskiego „Wielkiego Brata”, kontroli permanentnej. Ale raz, przez kompletny przypadek – bo celowo nie zamierzam ich kontrolować - trafiłem na zdjęcie niepełnoletniego ucznia z jakiejś imprezy. Z piwem, fajką, widać że… dobrze się bawił. Czy powinienem był zareagować? Na pewno tak. Ale nie od razu meldunkiem do dyrekcji czy rodziców, to przecież jego prywatne fotki. Podszedłem do niego w szkole i powiedziałem: „Słuchaj stary. Jesteś uczniem tej szkoły, a ja nauczycielem, i niezręcznie się czuję w takiej sytuacji . Kiedy już robisz coś głupiego, nie chwal się tym przed całym światem. Usuń to i uważaj na przyszłość ”. Jasne, że gdyby na tych zdjęciach popełniane było jakiekolwiek przestępstwo, rabunek, narkotyki czy   gwałt albo mord, to nagłośniłbym sprawę. Bez skrupułów i litości. Ale oni dojrzewają, uczą się życia. Więc logiczne jest, że muszą popełniać błędy. Trzeba dać im szansę.  

 

 

Ma pan też swoją stronę w Internecie. Uczniowie znają jej adres?

- Nie reklamuję jej wśród uczniów, jeżeli któryś ją znajdzie –  to jego sprawa. Nie ma na niej nic, co wiązałoby się ze szkołą , uczniami ; żadnych komentarzy, uwag. Dodatkowo piszę tam w języku angielskim, więc nie każdy ma ochotę tłumaczyć. Nie prowadzę też bloga (pomijam tu kwestię, że nie miałbym na niego czasu) - bałbym się, że poniosą mnie emocje – wrócę np. w ściekły ze szkoły i tam przeleję to wszystko. Strona powstała, ponieważ namówili mnie na to moi przyjaciele. Jest prywatna i taki jej charakter zamierzam utrzymać. Ale znów, okazuje się jednak, że jak na „wapniaka” i nie informatyka, potrafię sobie poradzić ze stworzeniem strony internetowej.

 

Ale pisze pan tam o Burkina Faso. Był pan w Afryce?

- Nie. To taki chwyt (śmiech). Oni są czasem leniwi, często myśląc, że wiedza „spada z nieba”, niechętnie np. uczą się o koloniach, nie wiedzą, które należały do Anglii, które do Francji czy Niemiec - a mówiliśmy o tym na historii . Nie ma co liczyć na to, że sami zaczną szukać informacji na ten temat, bo przecież mają tysiące innych rzeczy na głowie, więc trzeba ich czymś zachęcić . Dlatego właśnie na mojej stronie piszę o tym kraju , wręcz w „krew mi weszły” powiedzonka z Burkina Faso (już nawet uczniowie uznali to za mój znak rozpoznawczy) , i jeśli już trafią na moją stronę i przeczytają tam o tym kraju, to mam nadzieję, że zaczną dalej drążyć. Niekoniecznie właśnie o tej byłej kolonii. Może o innych krajach Afryki. Ważne, żeby rozpoczęli poszukiwania. Taka jest właśnie, według mnie, rola współczesnego nauczyciela: zaciekawić, zainspirować, pokazać, gdzie szukać i jak podchodzić do źródeł, bo wiadomo, że nie każde jest wiarygodne.

 

Często wykorzystuje pan nowe media na lekcjach?

- Różnie z tym bywa. Najczęściej laptop i rzutnik przydają się do prezentacji, którą uczniowie sami przygotowują. Omawiają tematy z historii i WOS-u. Na lekcjach bardzo przydają mi się np. zdjęcia z netu i filmy z YouTube`a, mam kilka linków do stron z naukowymi filmami. Dziś fotografia, duża, wyraźna, z rzutnika, a nie rozmyta, jak w dawnych podręcznikach, powie nieraz więcej o jakimś wydarzeniu historycznym niż cały wykład. Albo film z YouTube`a – np. o zamieszkach w 1989 w Chinach – przydaje się na WOS-ie. Gdybyśmy nie używali Internetu, bylibyśmy u nich bez szans – i tak nas mają za „wapniaków” i dlatego fajnie jest ich czymś zaskoczyć, np. znajomością skrótów internetowych, np. na gadu-gadu . Byli pod wrażeniem, gdy odchodząc na chwilę od komputera, napisałem BRB - ang. Be right back = zaraz wracam (śmiech). Cały czas musimy im udowadniać, że orientujemy się w necie i znamy ich sztuczki. Że jesteśmy – póki co, lepsi albo równi im . I oni to cenią, tak samo jak to, że potrafimy przyznać się do niewiedzy. No bo kto wie wszystko w tych czasach? Wykorzystuję też multimedia w postaci np. serwerów do przekazywania takich materiałów,   jak zdjęcia czy teksty źródłowe. Uczniowie mogą je pobierać z dowolnego miejsca np. domu i wykorzystywać w nauce. A teraz myślimy nad wykorzystaniem komputerów do sprawdzianów. Multimedia są podstawą, przede wszystkim dla nich, więc nie możemy tego pominąć. Z drugiej strony nie chciałbym, żeby każda lekcja była multimedialna. Trudno skupić się dłużej na czytaniu tekstu z ekranu, nieraz też więcej wiedzy można przekazać za pomocą tradycyjnego wykładu, a nie wykresu. Mam wrażenie, że zbytnio wierzymy w „moc kolorów”. Trzeba pamiętać, że coś błyszczącego, migocącego, niekoniecznie jest wartościowe. Doktryny ekonomiczne pokazane na slajdach? Bez sensu.

 

A co z Wikipedią? Według pana to podręcznik?

- To wiarygodne źródło, ciągle aktualizowane. Co z tego, że , w dużym stopniu, przez „amatorów” –  są za to specjalistami w swoich dziedzinach. Słyszałem historię doktoranta, który do Wikipedii wstawił swoją pracę habilitacyjną z chemii, świeżo ją obronił. A tu mu zaraz poprawili terminologię, jeszcze coś. Najpierw się „pieklił”, ale po przeanalizowaniu przyznał im rację. Sam też korzystam z Wikipedii, oczywiście nie bezkrytycznie. Stąd nie cierpię „sciągi.pl” czy tego typu „wynalazków”. Rażące błędy, subiektywne opinie i brak szacunku dla jakichkolwiek zasad uczciwości są dla mnie nie do przyjęcia.

15:29, olla.kozlowska , Trójmiasto
Link Komentarze (1) »
piątek, 14 maja 2010
Afery

Sala komputerowa, I B ma zastępstwo z prof. Drzeżdżonem. Rozdaję ankiety, gadamy o tym czego wolno a czego nie w Internecie. Opowiadam o tym, co powiedział mi jeden z nauczycieli: - Jestem na Face Booku, uczniowie dodają mnie do grona swoich znajomych Często popołudniu czy wieczorem gadamy. No i trafiłem kiedyś, przypadkiem – bo celowo ich nie kontroluję - na zdjęcie niepełnoletniego ucznia z jakiejś imprezy. Z piwem, fajką, widać że… no dobrze się bawi. Czy powinienem zareagować? Na pewno nie meldunkiem do dyrekcji czy rodziców, to przecież jego prywatne fotki. Ale podszedłem do niego w szkole i powiedziałem: „Słuchaj stary, musisz być ostrożniejszy. Jesteś uczniem tej szkoły, ja nauczycielem, niezręcznie się czuję w takiej sytuacji”. Jasne, że gdyby na tych zdjęciach kogoś gwałcili czy mordowali, nagłośniłbym sprawę.

To, jak nauczyciel ma reagować w tego typu przypadkach to kolejny nie skodyfikowany problem. Udać, że się niczego nie widziało? Robić aferę? Wzywać rodziców (może by sobie tego życzyli?) A może zabawnie skomentować? Jak na razie nie ma jasnych zasad i każdy robi jak uważa.

- Jasne, że wrzucam różne śmieszne fotki na Naszą Klasę i FBooka. Mam też wśród znajomych nauczycieli, ale nie przeszkadza mi, że mogą te zdjęcia obejrzeć. To moje osobiste rzeczy i nie powinni ich komentować– z przekonaniem mówi Wojtek.

- Moim zdaniem to ich prywatna sprawa, co tam wrzucają – uważa kolejny nauczyciel. – Przecież jak ich spotykam na ulicy, po szkole to też nie interweniuję, gdy ktoś pali. Inaczej szybko znaleźlibyśmy się w świecie Orwella. Pamięta pani tę aferę z licealistką z Gdyni, uczennicą czwartej klasy? Była pełnoletnia, w swoim prywatnym czasie wzięła udział w sesji dla „Playboya”. Dyrekcja się dowiedziała i… zwolniła dziewczynę ze szkoły. Czy to nie przesada?

Większość uczniów wie (dowodem ankiety), że bezmyślne obnażanie się (również w sensie przenośnym) to coś, czego przez Internet nie należy robić. Tak jak i ściągać muzyki (ale i tak to robię ;), włamywać się do innych komputerów, zamieszczać pornografii, obrażać innych ludzi, rozmawiać z osobami, których nie znam, podawać osobistych informacji, się obnażać, kończyć związków, naruszać etykiety, spamować oraz uważać się za anonimowego. Zdarzają się i tacy, którzy piszą, że nie ma żadnych zakazów.

- Co innego obrażanie innych. Na każdym forum jest administrator, który powinien takie rzeczy blokować. Fakt, że nie zawsze mu się to udaje – mówi Robert. – Ale tego, co obraża łatwo namierzyć. Jasne – wszystko zależy od skali, ktoś mi napisze: „jesteś głupi, nie lubię cię”, odpisze mu to samo i koniec wymiany, ale gdy ktoś już ostro jedzie, można zgłosić sprawę nauczycielowi, ten wzywa policję. Z loga serwera mogą dotrzeć do komputera, którego ten ktoś wysyłał bluzgi.

- Tylko, że też trzeba udowodnić, że samemu się nie bluzgało, że nie była to obustronna wojna – dodaje Wojtek. – No i lepiej się zastanowić, czy zgłaszać to nauczycielom. Wszystko zależy od opinii ucznia – jeśli jest pupilkiem, będą go bronić, jeśli nie – powiedzą: Radź sobie sam.

Co na to nauczyciele? - Uczniowie zapraszają mnie na Naszą Klasę i ich własne, wewnątrz-klasowe forum. Też miewam mieszane uczucia, gdy w swoim opisie uczennica deklaruje: „Pierdolę tą szkołę” – mówi nauczycielka. - Ale nie komentuję tego. Bo to jednak dowód zaufania i sympatii, takie zaproszenie. No i skraca dystans, co jest fajne. Sama nie rozmawiam z nimi o swoich prywatnych sprawach, ale są nauczyciele, którzy naprawdę się otwierają.

Napinanie się nauczyciela na niewiadomo jaki pomnikowy autorytet jest już rzeczywiście passe. Nauczyciele wprost mówią, gdy czegoś nie wiedzą, nie mają oporów by pytać o to ucznia. – Ośmieszyłabym się udając, że tylko ja mam rację – przyznaje geografka. – Z drugiej strony oni jednak chcą się czegoś od nas dowiedzieć. Trzeba tylko umieć ich zaciekawić. Miałam w zeszłym roku lekcje z przedsiębiorczości. Pomyślałam: to jeszcze dzieciaki, gdzie im tam mówić o biznesie. Skupiłam się więc na komunikacji interpersonalnej i ogólnie savoir vivre. Pytali: Co za survival? Po co to? Ale na zajęciach miałam stuprocentową obecność. Wyświetlałam z rzutnika obrazek: talerz, sztućce, rząd kieliszków. No bo jeśli jeszcze nie teraz, to pewnie niedługo standardem będzie, że rozmowa kwalifikacyjna do pracy będzie odbywać się w restauracji. I pracodawca ocenia nie tylko twoją wiedzę, doświadczenie itp. ale i to, czy umiesz się zachować wśród ludzi. Albo gesty, pozy, wygląd, mowa ciała – oni nie mają pojęcia jak są odbierane, a mają przecież na maturze prezentację, wystąpienie publiczne. Więc im mówię: wstajesz - zapnij marynarkę, wyjmij rękę z kieszeni, patrz w oczy, broń Boże nie rób „piramidki” z dłoni. A tym co się śmieją, mówię: chcesz – zastosujesz się, nie – twoja sprawa, ale przynajmniej będziesz miał wiedzę. A wiedza daje pewność siebie.

- Faktycznie z tym obyciem u nich słabo – dorzuca informatyk. – Zdarza się, że uczennica gimnazjum wysyła mejla rekrutacyjnego z adresu typu: rybciadrybcia@wp.pl. Bez imienia, bez nazwiska. A dalej: „Cześć, jakie macie progi? Siema”. Wychowanie ich to praca u podstaw.

– Ale oni z kolei potrafią być bardzo mili, zaskoczyć czymś fajnym, np. sms-em z wakacji, nie boją się mieć do nas zaufania – podkreśla młody nauczyciel. – Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie życia bez nich, nie mogę się doczekać końca wakacji (śmiech). Portale społecznościowe – ok, ale bloga już bym nie pisał – bałbym się, że poniosą mnie emocje – wrócę np. wkurzony ze szkoły i tam przeleję to wszystko. Ale swoją stronę mam, nie reklamuję jej wprawdzie wśród uczniów, jak któryś znajdzie-jego sprawa.

Były w „Piątce” takie przypadki, że ktoś wysyłał obraźliwie mejle ze szkolnego serwera. – I to chyba do kogoś z uniwersytetu. Skandal był poważny. No bo jak to? Ze szkolnego serwera? Ktoś rozrabia a my to mamy jeszcze firmować? – opowiada jedna z nauczycielek.

Aleksandra Kozłowska, Gdańsk

15:18, olla.kozlowska , Trójmiasto
Link Dodaj komentarz »
Gra w kopiowanie

Aleksandra Kozłowska, Gdańsk

Pod tym względem się nie zmieniło: po jednej stronie barykady nauczyciel, po drugiej uczeń. Gra toczy się, jak zawsze o ściąganie. Tylko, że już nie z pomiętej karteczki ukrytej pod swetrem a z netu. Uczeń kopiuje, nauczyciel tropi.

- Z takim przyzwyczajeniem przychodzą już z gimnazjum – mówi Bożena Kudrycka, polonistka. – Ale zapominają jak łatwo to sprawdzić – wystarczy przecież wrzucić w Google kilka słów z ich rzekomo pracy by wyskoczyła strona, z której to wzięli. Bywa, że robią tylko kopiuj wklej, nic nie zmienią. Czasem się tłumaczą, że ściągnęli tylko połowę a resztę napisali sami. Tępię to bezlitośnie.

- To fakt, nauczyciele sprawdzają każdą pisemną pracę z polskiego – przyznaje tegoroczna maturzystka. – Znają najpopularniejsze strony, wiedzą gdzie szukać. Jeśli jest totalny plagiat – jedynka, jeśli tylko ktoś się inspirował, np. zacytował fragment albo jakoś się do niego odniósł – do przyjęcia. Teoretycznie powinno to być z podaniem źródeł, ale różnie z tym bywało.

Wypracowania mogą być pisane na komputerze i drukowane. – Nie wyobrażam sobie brnięcia przez ich ręczne pismo – wyznaje historyk. – Sam zresztą też pewnie miałbym problem z napisaniem ręcznie 3-4 stron.

- Ściągają wszystko. To nie do uniknięcia – nie ma złudzeń anglistka Sołmaz Kiazimowa. – Nauczyciel musi być więc sprytny. Nauczyłam się tak formułować temat żeby trudno było im znaleźć gotowca. Np. żadnych „napisz recenzję filmu Zakochany Szekspir”, tylko „Opisz bohatera, który zrobił na tobie największe wrażenie i dlaczego?”. Ich naiwność bywa rozbrajająca – wydaje im się, że jak ściągną coś z angielskiej strony to wystarczy. A ja przecież ze stu metrów widzę, że pisał to rodowity Anglik, do tego literaturoznawca czy krytyk filmowy, oni nigdy by tak nie napisali. Myślą, że są tacy dobrzy bo w słowniku synonimów znajdą parę słówek i nimi zastąpią co niektóre a ja się wtedy niby nie zorientuję. I że uwierzę, że nagle w pracy na 300 słów nie mam niczego do poprawiania. Takie wyjątkowo bezczelne kopiowanie staje się powoli rzadkością, bo po prostu ostro z tym walczymy. Większość przyłapanych czuje się zażenowana, bo bezlitośnie szydzę z ich tłumaczeń w stylu: „no, dobrze, nie pisałem sam, ktoś mi trochę pomógł”. A ja wtedy mówię: To szybko daj mi telefon do tego kogoś, od razu umówię się z nim na korepetycje (śmiech).

Łatwość kopiowania to również argument w dyskusji pod hasłem: czy można by pisać klasówki na laptopach ? (zakładając, że każdy uczeń by go miał). Rozstrzygnięcia jeszcze nie ma. – Nie wyobrażam sobie czegoś takiego – mówi Elżbieta Piszczek, dyrektor „Piątki”. – Nie dość, że to dostęp do Internetu, to jeszcze pisownię można sprawdzać na bieżąco.

- A dla mnie to nie problem. Nie ma tu żadnych wypracowanych standardów ale pomysł dobry – uważa Krzysztof Kunikowski, historyk, który sam wygląda jak uczeń. – Że mogliby sprawdzić ortografię? A co za problem. Jeśli dzisiejszy świat to umożliwia, to czemu nie?

- Sprawdzian na laptopie? Nie widzę przeszkód – dodaje drugi historyk Jerzy Majewski. – Nie bałbym się też o to, że wszystko skopiują z Internetu, bo zwyczajnie nie będą tego potrafili. Na klasówkę jest za mało czasu by znaleźć naprawdę dobre, wiarygodne informacje.

- Nie zdążyłbym? – śmieje się Robert z I B. – Niejeden nauczyciel by się zdziwił, gdyby zobaczył co potrafimy.

Ściągają przede wszystkim z Wikipedii, ściąga.pl, bryk.pl,wiem.onet.pl, korzystają z wyszukiwarki Google. Ale nauczyciele wiedząc o tym, też nie zostają w tyle. Wyścig zbrojeń trwa. – Moją bronią jest moja wiedza – mówi Jarosław Drzeżdżon, nauczyciel matematyki i informatyki. – Zdarza się, że przychodzą tacy pierwszoklasiści przyzwyczajeni do tego, że na informatyce to się gra w gierki i siedzi na gg. Więc patrzą na mnie lekko z góry: E, co on tam może nam powiedzieć czego sami nie wiemy. A tu niespodzianka. Bo ja uczę programowania, i to na serio. Od trzech lat działa u nas „spoj” (www.spoj.pl). Cała zabawa polega na tym, że ja tworzę zadania, a uczniowie je sami rozwiązują (czyt. czytają, czasami szukają informacji w necie, piszą
program komputerowy, wysyłają rozwiązanie, otrzymują informacje zwrotną - program nieprzyjęty, poprawiają, wysyłają ponownie i straszne się cieszą, że się udało, że są lepsi od kolegi, koleżanki, nauczyciela). Czy spoj jest frustrujący? - wcale, zadanie rozwiązujesz w domu, w komfortowych warunkach, przygotowuje do wyzwań w pracy jako programista.

14:05, olla.kozlowska , Trójmiasto
Link Dodaj komentarz »
środa, 12 maja 2010
Zdrada Tigera Woodsa na angliku

Aleksandra Kozłowska, Gdańsk

Obserwacja 3. – Dziś nie ma nauczyciela, który nie korzystałby z netu.

Wracając do szkoły miałam w pamięci nasze pomoce naukowe: wystrzępione mapy (nowością były plastikowe wypukłe, tam gdzie góry – fajnie się ich dotykało), jakiś globus, jelita w słoju formaliny, wielki drewniany cyrkiel i ekierkę do rysowania na tablicy, figury geometryczne z pospawanych prętów, mniej lub bardziej udane pokazy na żywo, czyli doświadczenia na chemii czy fizyce (do naszych ulubionych należało banalnie proste ale efektowne podpalanie kostki potasu w zlewce wypełnionej wodą (?) – potas błyskał i pływał jak szalony po całym naczyniu). Nauczyciel nie musiał mieć żadnych specjalnych umiejętności by te pomoce stosować. – A ciekawe jak teraz? – zastanawiałam się - Czy wszyscy korzystają z netu? Czy też uchował się gdzieś jakiejś starszej daty pedagog, oprószony szlachetną siwizną mędrzec (ktoś w rodzaju Ignacego Borejki z „Jeżycjady”), który dumnie odrzuca zdobycze cywilizacji łatwizny i jedynym źródłem wiedzy jest dla niego pełen białych kruków imponujący księgozbiór, którego większość i tak ma w głowie, i to w trzech wymarłych językach? No way. Szlachetny mędrzec odrzucający zdobycze cywilizacji nie miałby szans w dzisiejszej szkole. – Aby awansować nauczyciel musi znać technologie komputerowe – podkreśla Elżbieta Piszczek, dyrektor V LO. – Musi umieć przygotować prezentacje w PowerPoincie, korzystać z Internetu, np. pokazując na YouTube filmiki z doświadczeniami fizycznymi, szukać informacji, budować własne strony, itp.

Dla młodych nauczycieli to normalka, ale i ci bardziej doświadczeni nie wyobrażają sobie edukacji bez netu. – W mojej klasie nie ma komputera i tak naprawdę nie odczuwam jego braku. I myślę, że tu zgodzą się ze mną wszyscy językowcy. Bo nauka języka to przed wszystkim słuchanie i mówienie – uważa prof. Sołmaz Kiazimowa, anglistka, która w „Piątce” uczy od 30 lat. – Ale Internet jest mi niezbędny w przygotowaniu lekcji. Szukam w nim materiałów, takich jak np. utwory literackie: Katherine Mansfield, Oscara Wilde`a czy Grahama Greene`a albo artykuły z „Time`a”, „Newsweeka”, „Guardiana”. Ściągam teksty na różne tematy, ważne żeby prowokowały młodzież do dyskusji – od ekologii i żywności modyfikowanej genetycznie przez sztukę nowoczesną po karty kredytowe i zdradę Tigera Woodsa. Co do tego ostatniego – nie wiedziałam kim jest ten Woods, podobał mi się tekst po prostu. O tym, że to słynny golfista dowiedziałam się od uczniów. Jak pani widzi, ja też się od nich uczę.

- Wykorzystuję Internet do ściągania reprodukcji dzieł sztuki. Potem wyświetlamy je z rzutnika. Jasne, że w bibliotece są albumy z malarstwem ale każdy musiałby mieć swój a tyle nie ma – mówi Krzysztof Rześniowiecki, nauczyciel Wiedzy o Kulturze, a przy tym pedagog szkolny. – Na lekcjach sieć przydaje się także do wirtualnego zwiedzania światowych muzeów, nie trzeba jechać do Londynu żeby zobaczyć National Gallery. Wchodziliśmy też na stronę The Saatchi Gallery, jest tam link gdzie można podesłać własne dzieło sztuki narysowane w jakimś programie graficznym i ono wyświetli się na ich stronie. To ciekawy przyczynek do dyskusji o tym, że dziś każdy może być artystą. Tak naprawdę Internet jest po to żeby zainteresować czymś młodzież. Nie ma przecież szans, że nagle któryś z nich obudzi się rano i pomyśli: „Muszę sprawdzić kto to by ten Bergman”. To ja muszę pokazać im kadry np. z „Siódmej pieczęci”, choćby ten z rycerzem grającym ze Śmiercią w szachy, żeby ich w to wciągnąć.

-To prawda. Sami nie szukają – przyznaje historyk Jerzy Majewski. – Trzeba ich czymś znęcić. Dlatego na mojej stronie piszę o Burkina Faso. To była kolonia francuska, a oni nie zbyt chcą się uczyć tych kolonii. Jeśli już trafią na moją stronę i przeczytają tam o tym kraju, mam nadzieję, że zaczną dalej drążyć. Na lekcjach bardzo przydają mi się zdjęcia z netu i filmy z YouTube`a. Fotografia, duża, wyraźna, z rzutnika a nie jakaś rozmyta jak w dawnych podręcznikach powie nieraz więcej o jakimś wydarzeniu historycznym niż cały wykład. Albo film z YouTube`a – np. o zamieszkach w 1989 w Chinach – przydaje się na WOS-ie. A poza tym – gdybyśmy nie używali Internetu bylibyśmy u nich bez szans – i tak nas mają za wapniaków i dlatego fajnie jest ich czymś zaskoczyć, np. znajomością skrótów na FaceBooku. Byli pod wrażeniem, gdy odchodząc na chwilę od komputera, napisałem BRB (ang. Be right back = zaraz wracam) – śmieje się historyk.

23:10, olla.kozlowska , Trójmiasto
Link Dodaj komentarz »
Czy Wikipedia to podręcznik?

Aleksandra Kozłowska, Gdańsk

Nauczyciele różnie traktują to podstawowe źródło wiedzy licealisty (w ankiecie przeprowadzonej przez mnie na użytek akcji Szkoła 2.0 w czterech klasach liceum Wikipedię jako źródło informacji potrzebnych na lekcjach wymienili wszyscy respondenci). Nie ma jednolitego frontu – dla jednych to rzecz cokolwiek podejrzana, dla innych równie dobra jak 10-tomowa encyklopedia PWN.

- Dla mnie, na moich lekcjach Wikipedia sprawdza się jako źródło zdjęć – mówi Anna Karaś, geograficzka. – Pozwalam z niej ściągać fotografie do prezentacji, zawsze rzecz jasna z podaniem źródła.

Właśnie obejrzeliśmy prezentacje o Indiach i Andaluzji przygotowane przez Sonię i Marcelę (to coś jak nasze „prehistoryczne” referaty - też były publicznym wystąpieniem, ale te są znacznie ciekawsze bo z wizualiami). A więc laptop, rzutnik, uśmiechnięta prelegentka i na ścianie lecą slajdy z Delhi, Agry czy Waranasi albo Sewilli i Sierra Nevada. Dziewczyny nie zapomniały wspomnieć o lokalnej kuchni, klimacie i zwyczajach. Na koniec slajd show informacja - źródła: Wikipedia, koleżanka.

- Ale żeby czerpać definicje z Wikipedii, to już podchodzę ostrożnie – kontynuuje prof. Karaś. - Na pewno nie traktuję jej na równi z podręcznikiem, który dopuszczony jest do użytku przez MEN. Choć faktycznie dla uczniów to podstawowe źródło wiedzy A jeszcze kilka lat temu święte było to, co drukowane, czyli książki. Choć w nich też zdarzają się przecież błędy. Jeśli chodzi o Internet to zawsze mówię, żeby sprawdzali informacje na różnych stronach, np. jeśli chodzi o dane liczbowe to na stronie GUS-u.

- Dla mnie Wikipedia jest podręcznikiem – mówi Jacek Gawroński, informatyk. – Definicje są na bieżąco sprawdzane i poprawiane. A w książkach też przecież zdarzają się błędy albo nieaktualne informacje.

Podobnego zdania jest Jerzy Majewski, historyk: - To wiarygodne źródło, ciągle aktualizowane. Co z tego, że przez amatorów – to specjaliści w swoich dziedzinach. Niedawno słyszałem historię doktoranta, który do Wikipedii wstawił swoją pracę habilitacyjną z chemii, świeżo ją obroni. A tu mu zaraz poprawili terminologię, jeszcze coś. Najpierw się pieklił ale po przeanalizowaniu przyznał im rację. Sam też korzystam z Wikipedii, oczywiście nie bezkrytycznie.

- Fakt, zdarzają się w niej błędy. Dlatego tak ważne jest byśmy uczyli młodzież ostrożności w podejściu do źródeł – dodaje Jarosław Drzeżdżon, informatyk. – Widziałem np. co w Wikipedii zrobili z iloczynu skalarnego, zapisuje się go „a o b” (nad a i b powinny być jeszcze wektory. W Wiki wyglądało to jak zwykłe mnożenie: „a kropka b”.

 

21:01, olla.kozlowska , Trójmiasto
Link Komentarze (1) »
A jednak Stefana nie ma

Aleksandra Kozłowska, Gdańsk

No dobra, trzy dni w szkole za mną – pora na małe podsumowanie.

Obserwacja 1. Wnętrze „Piątki” – na pierwszy rzut oka niewiele się zmieniło (dla przypomnienia- poprzednim razem byłam tu 20 lat temu): te same olejne lamperie, drewniane wyślizgane setkami rąk poręcze schodów, masywne malowane na ciemny brąz drzwi klas, nawet zapach pozostał podobny – lekko zatęchły. Ale znikło (uff) obowiązujące dwie dekady temu linoleum, jego miejsce zajęły nie rzucające się w oczy jasnoszare płytki. W klasach na parterze też czas jakby się zatrzymał: ławki, przy których chyba jeszcze moja klasa ściągała słówka na łacinie, mapy, które pamiętają nasze gorączkowe poszukiwania zagłębia Ruhry pod bezwzględnym okiem prof. Pośpiech. I żadnych komputerów, te bowiem mają (jak na razie) tylko klasy na pierwszym i drugim piętrze. Są za to poukrywane w szafkach telewizory, odtwarzacze CD i DVD, nawet wciąż sprawne magnetofony kasetowe, jak np. w ósemce od angielskiego, używane niemal na każdej lekcji. Natomiast epoka kredy faktycznie się skonczyła - na białych tablicach pisze się kolorowymi mazakami. - I dobrze - komentuje anglistka prof. Sołmaz Kiazimowa. - Nic mnie już w gardle nie drapie a kredowy pył nie brudzi rąk i ubrania. 

Nowością (jak dla mnie) jest galeria sepiowych zdjęć biegnąca wzdłuż schodów – zaczyna się od Janusza Sidły, „mistrza Europy, rekordzisty świata w rzucie oszczepem (matura 1952)”, dalej leci „Powojenne porządkowanie”, „Lata 50. Uczniowie na stadionie Lechii”, „Lata 60. Studniówka”, „Lata 70. Pochód 1-Majowy” i „Wykopki”, no i przełom: „1993 – salę komputerową otwiera dyr. Teresa Głuszczak, wśród gości Danuta Wałęsa” – V LO było pierwszą skomputeryzowaną szkołą w woj. pomorskim. Nowy jest również wystrój łazienek i szkolnego sklepiku w podziemiach oraz… brak legendarnej głowy Żeromskiego, która przez całe lata wystawała ze ściany auli. Na temat jej zniknięcia słyszałam dwie historie: jedna głosi, że wielka, szara, chyba betonowa głowa Stefana w stylu późnego socrealu, została zdjęta na polecenie dyrekcji z obawy przed jej (głowy, nie dyrekcji) nagłym upadkiem, druga anegdota mówi, że głowa jednak sama spadła ukazując pod - wydawałoby się masywną, niezniszczalną powłoką - swe puste wnętrze wypchane gazetami i innymi papierami. – Jednym słowem ściema – tyle lat myśleliśmy, że to solidny monolit a tymczasem tylko fasada wypchana makulaturą. Zupełnie jak z książkami patrona – komentuje ze śmiechem jedna z nauczycielek.

Obserwacja 2. A jednak się kręci. Czy też śmiga, hula czy jak tam się teraz mówi. Chodzi, rzecz jasna o Internet. Na terenie całej szkoły jest wi-fi. Na lekcjach nie wolno używać komórek – choć zdarza się, że na prośbę nauczyciela. Tak było np. na geografii, której sala nie ma własnego kompa, gdy była mowa o suchaku, zwierzęciu przypominającym antylopę z krótką trąbą – uczennica szybko znalazła w necie jego zdjęcie i poglądowa komórka suchakiem obiegła całą klasę. Na przerwie jednak net z komórki nie stanowi problemu – uczniowie sprawdzają pocztę, powrotne autobusy albo repertuar kin. W większości klas stoi komputer („ale to trupy – komentuje szeptem nauczycielka, zanim się włączą pół lekcji mija”), w sali informatycznej jest ich 18 („działają, ale trudno się do tej sali dobić”) plus 4 komputery w przedsionku tej sali (są ok), kolejne 18 kompów działa w sali multimedialnej i 4 w bibliotece. Do tego 2 laptopy i 2 rzutniki na szkołę („nauczyciele je sobie wyrywają”), ekrany do nich w każdej klasie. Tablic multimedialnych nie ma, podobno jedna będzie od września. Szkoła ma oczywiście stronę internetową, z uprawnieniami administratorów pracują przy niej również sami uczniowie (www.vlo.gda.pl). Do komunikacji na linii grono pedagogiczne-uczniowie służy forum na stronie szkoły (oficjalne zawiadomienia np. o odwołanych lekcjach) oraz Nasza Klasa czy FaceBook (nieoficjalna korespondencja między nauczycielem a jego uczniami) oraz poczta e-mailowa (wysyłanie np. lektur do prac pisemnych czy materiałów do sprawdzianów). Forum służy również uczniom, oto co m.in. mówi jego regulamin:

1. Nie bluzgaj! Wysławiaj się z kulturą i traktuj użytkowników, tak jak swoich przyjaciół. Jeśli dyskusja jest zażarta, nie daj ponieść się emocjom i odpowiadaj na argumenty argumentami. Wszystkie bluzgi będą usuwane lub cenzurowane przez automoduł.
2. Nie obrażaj innych! Jeśli ktoś Cię zdenerwował, zbluzgał, etc. nie ripostuj tym samym.
3. Nie flooduj i nie spamuj! Przed wysłaniem każdego posta zastanów się czy Twoja nowa wiadomość wniesie coś nowego do dyskusji i czy nie użyłeś tam zbyt dużej ilości ikon emocji. To samo tyczy się zbyt krótkich postów, np. coś w stylu "ok", "spoko".
4. Trzymaj się topica! Nie zmieniaj tematu podanego w pierwszym poście! Jeśli bardzo zależy Ci na dyskusji o czymś innym, to załóż nowy topic. Jedyny wyjątek, to wyczerpanie się tematu pierwotnego i dyskusja na podobny, wiążący się z nim temat. Off Topici będą usuwane/oddzielane.
5. Pamiętaj o opcji SZUKAJ! Chcesz zadać uczniom jakieś pytanie? Przed założeniem topica użyj naszej forumowej wyszukiwarki (patrz menu u góry). Dzięki temu od razu znajdziesz odpowiedź na pytanie, a jednocześnie nie będziesz denerwował użytkowników.
6. Nie reklamuj! Wszelkie reklamy firm/instytucji/itp. będą od razu usuwane (nawet w podpisie). Oczywiście nie dotyczy to reklamy w celach informacyjnych.
7. Nie wklejaj dużych fragmentów tekstu! Pamiętaj, że wpisując długi tekst strasznie utrudniasz czytanie danego topica. Od tego służą linki, które można łatwo wstawić poprzez bbcode. Nie wstawiaj również ZBYT długich linków, które "psują" forum!
8. Nie rób z forum chata! Chcesz pogadać z kimś na temat, który dotyczy tylko Was dwoje? W takim razie nie zaśmiecaj topiców tylko wyślij takiej osobie Prywatną Wiadomość lub spytaj się (również używając PW) jaki ta osoba ma numer GG.
9. Nie łam prawa! Chcesz spytać się czy ktoś nie ma przypadkiem seriala do jakiegoś programu? Nie wiesz skąd ściągnąć cracka? To szukaj innego forum! Tutaj nie będziemy łamali prawa.
Admin ma prawo nałożyć bana czasowego (max. tygodniowego) kiedy chce! Oczywiście tylko w uzasadnionych okolicznościach. Ban tygodniowy to najsurowsza kara za "małe przewinienia", takie jak: bluzganie (chociaż admin lub moder zwrócili wcześniej uwagę użytkownikowi, który przesadził ze słownictwem), spamowanie (ale na tyle małe, że nie wymaga poważniejszej kary), uciążliwe drążenie jednego tematu (mimo zwrócenia uwagi przez admina lub modera). 

E-dziennika na razie nie ma (ruszy od września) ale działa podobna w funkcji wywiadowka.com

Od września ma również wystartować eksperymentalny program e-learning. - Nie ma tego jeszcze w żadnej szkole w 3mieście – mówi historyk Jerzy Majewski. – A to świetna rzecz, system nauczania na odległość. Nie oznacza on jednak, że nie trzeba będzie chodzić do szkoły.

Obecnie platforma e-learningowa jest w fazie testowania ale zajmujący się jej wprowadzeniem informatyk Jarosław Drzeżdżon podsyła mi stronkę z wyjaśnieniem o co chodzi: „Podstawą takiego modelu nauczania jest prowadzenie kursów indywidualnie dla każdego uczestnika, który uczy się samodzielnie, posługując się przy tym komputerem osobistym wyposażonym w przeglądarkę internetową. Oczywiście, e-learning nie zastąpi nauczyciela, a jedynie pełni uzupełniającą rolę w edukacji ucznia. Aby zostać ekspertem, wciąż niezbędne okazują się bardziej bezpośrednie formy nauki. Mimo wszystko, stosowane rozwiązania wspierają nauczyciela, gdy na lekcji nie było możliwości przekazania odpowiedniej wiedzy, umiejętności”.

20:05, olla.kozlowska , Trójmiasto
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 maja 2010
Pierwszy dzień w szkole

Aleksandra Kozłowska, Gdańsk

Uff… Najgorsze chyba za mną. Najgorsze bo najbardziej stresujące. Powrót do nielubianej szkoły po 20 latach to nie jest bułka z masłem. Rano czułam się jak przed wielką klasówką: ożyły wspomnienia: to kurczenie się w sobie, gdy matematyczka z miną kołującego nad stadkiem kur jastrzębia rozglądała się po klasie wybierając ofiarę do przepytania z funkcji, to gorączkowe zakuwanie na przerwie bo za chwilę kartkówka z łaciny (jak jest w plusquamperfectum amo, amare?) , albo wysłuchiwanie jęków koleżanek: „O rany, nic nie umiem, nic nie pamiętam a całą noc się uczyłam tych reakcji”.

Ale rzeczywistość – jak na razie - okazała się dużo przyjemniejsza niż pełna dręczących koszmarów noc (tym razem śnił mi się wielki test z fizyki, w którym odpowiedzi – z braku innej możliwości – zaznaczałam na chybił-trafił. „Piątka” powitała mnie „kontrolowanym” graffiti na ścianie (wariacje na temat Stefana Żeromskiego, patrona liceum), równiutkim świeżo-zielonym trawnikiem i ławkami na podwórku oraz… kawą w gabinecie pani dyrektor, Elżbiety Piszczek (kieruje szkołą od czterech lat). Kiedyś do głowy by mi nie przyszło, że w tym pokoju spędzę tak miło czas – tu legendarny dyrektor Stella wyzwał na krwawe rozprawy w kwestii demonstracyjnie czarnych ubrań (cali na czarno przychodziliśmy np. 11 listopada albo w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego) kończące się karnym odesłaniem do domu.

- Wyobraża pani sobie pracę bez Internetu? – pytam prof. Piszczek.

- Absolutnie nie. Pierwsze co robię rano po wejściu do mojego gabinetu to włączam komputer i sprawdzam pocztę. Pokażę pani: O, tu np. mejl od Wydziału Edukacji – pytają czy w ciągu trzech ostatnich lat dbaliśmy o cmentarze – są takie akcje, tu portal EduForum przysyła informacje i linki – np. dodatkowe zajęcia za unijne pieniądze, tu z kolei rodzic pisze, że syn przeszedł do finału światowego Odysei Umysłu i prosi by w jego imieniu postarać się o dofinansowanie w Wydziale Edukacji – wylicza dyrektorka. – A poczta to oczywiście mały fragment, tego co daje mi Internet. Teraz po prostu nie ma takiej możliwości by nauczyciel awansował bez znajomości technologii informatycznej.

Rozmawiamy ponad dwie godziny. Potem zwiedzam szkołę – korytarze (przynajmniej na parterze) bez większych zmian (fakt, że nie pamiętam też już dokładnie jak wyglądały w połowie lat 80.), naprzeciw sekretariatu wielka gablota pełna zdobycznych sportowych pucharów, dalej schody do „podziemnych” łazienek. O, tu się zdecydowanie zmieniło – świeżo malowane ściany, kafelki, rzędy schludnych umywalek, nad każdą lustro, czyste kabiny. Sama zapamiętałam to miejsce jako raczej ciemne, ponure, zimne, otoczone nie przyjemnym zapachem. A tu nawet fajek nie czuć.

 

 

23:44, olla.kozlowska , Trójmiasto
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31