czwartek, 20 maja 2010
Trochę głupio, że ja, stary chłop...
Pobyt w Cieślach nie daje mi spokoju. Do dzisiaj. Może późniejszy powrót do Elektryka to sprawił? Nie jestem pewien. Choć chyba tak. To jest to. Dzieci. Idealnie plastyczny i mentalny materiał do modelowania. A raczej do pchnięcia w odpowiednią stronę. Dzieci, które niczym nieskażone, lada chwilę wyruszą w dorosły świat. Dzieci, które jeszcze jest czas do tego przygotować. Dzieci, którym starczy tylko wskazać drogę...
wtorek, 18 maja 2010
Wiki i giercowanie a szkoła
- My, pokolenie spod znaku telefonu komórkowego i komputera, w tym wirtualnym świecie działamy raczej sami. Gorzej czy lepiej, ale wydaje mi się, że jednak rozsądnie - tak mówi Paweł, uczeń klasy II Tc w Elektryku. Podpowiedź: jak na czasy nowych technologii przystało, rozmawialiśmy na komunikatorze internetowym.
poniedziałek, 17 maja 2010
Za wcześnie pan tu trafił
Kiedy osiemnaście lat temu zacząłem poznawać szkolne życie z drugiej strony barykady, wkraczałem w zupełnie inny świat. Wtedy mogłem zaoferować dzieciom siebie, wspólne występy w szkolnym przedstawieniu, śpiewanie na plastyce, szalone zjazdy na sankach z górki za szkołą. Więcej, dla nich zostałem nawet łamistrajkiem, gdy podczas kilkutygodniowego protestu nauczycieli, w piaskownicy, godzinami tłukliśmy gramatykę przed egzaminami do szkoły średniej. Ale przychodzili też inni...
czwartek, 13 maja 2010
Bocian! Jak on żyje, to i my możemy
To była podróż bardziej niż sentymentalna. I jakoś tak mi wyszło, że na ten dzień czekałem właściwie całe życie. Bo tylko tam, tylko w Cieślach, świat uwikłany w galopującą, wirtualną pajęczynę, nadal jest taki sam. Taki, jakim go zostawiłem lat temu 17...
środa, 12 maja 2010
A gdyby tu struś wleciał?

Była dzisiaj taka chwila, kiedy sobie pomyślałem, jak to fajnie chodzić do szkoły. Człowiek się o nic nie troszczy, znaczy nie zastanawia się jak tu koniec z końcem powiązać, żeby pieniędzy do pierwszego starczyło na utrzymanie rodziny. No bo tak - rodzice nakarmią, czasem jakieś kieszkonkowe dorzucą. Normalnie żyć nie umierać. Jedyne co trzeba zrobić, to przyjść do szkoły i przy nawet minimum zaangażowania, złapać dobrą ocenę. I tak do weekendu, do kolejnych ferii, do wakacji. Na zajęciach mnie tak naszło.

Potem po raz kolejny rzuciłem okiem na pewien, nazwijmy to budynek, wciśnięty między główną część Elektryka i boisko.

 magazyn

Mało efektowny, nie? A 21 lat temu był to całkiem przyzwoity magazyn, który poznałem jak własną kieszeń. Przecież właśnie tu znajdowała się główna część mojej i Ślimaka pracy dyplomowej. Jej temat to Zabezpieczenie Przeciwpożarowe Magazynu Warsztatów Szkolnych. Jestem przekonany, że dzisiaj byłoby nam łatwiej. A wtedy nikt nie potrafił pomóc. Najwięcej dała nam wspólpraca nie z instruktorami ze szkoły, ale z szefem strażaków z Gwardii Ludowej - Hilarym Januszczykien. Pamiętam, że gdzieś udało się nam skołować czujki, ale bez żadnych schematów, bez niczego. Sami musieliśmy wykombinować zasadę ich działania. Bo poproszony o pomoc jeden z instruktorów najpierw zgodził się jej udzielić, a gdy tylko dostrzegł symbol pierwastka radioaktywnego, wyrzucił czujkę z rąk i delikatnie mówiąc posłał nas do wszystkich diabłów:-)

Niemniej pracę zrobiliśmy, a w czasie egzaminu alarm zadziałał. Raz bo raz, ale jednak:-) Na szczęście komisja, który słyszała potworny hałas w całej szkole gdy syrena zawyła, nie chciała ponownego jego uruchomienia, przystając na nasze wyjaśnienie, że czujki muszą "odreagować", zanim znów będą w pełni sprawne. Pozostała nam już tylko część teoretyczna. Najbardziej baliśmy się jednej osoby - Wiesława Gosa. Niby niepozornego faceta z bródką (jeśli dobrze pamiętam), a jednak gościa, który mógł nas jednym pytaniem usadzić. Nam jednak albo darował, albo nie daliśmy się.

Dość powiedzieć, że gdy na jednej z przerw zawitałem na herbatę do "kanciapy" Zdzisława Zielińskiego, siedział już tam pan Stefan Szymborski. Najpierw usłyszałem ożywioną dyskusję, a później zobaczyłem jego. Jedną z legend szkoły. Człowieka, który miał był kiedyś powiedzieć słynne KSIĄŻKI KŁAMIĄ:-) Wychylił się, popatrzył i uśmiechnął. Tym razem nie czułem strachu, a zwykłą sympatię. I od razu przypomniało mi się jego pytanie z dyplomu: Co to jest YDY? Wypomniałem mu to zresztą, a co:-) Tym razem mogliśmy się z tego pośmiać. Wiecie co to jest YDY? Nie, nie, nie powiem wam. Sami poszukajcie...

 tabela

A gdy już piłem herbatę, przysłuchiwałem się ożywionej dyskusji i wspomnieniom. Kurczę, nie tylko uczniowie pamiętają nauczycielskie numery. Oni sami też i to doskonale. Jedna opowieść sprawiła, że omal sam nie spadłem z krzesła ze śmiechu. Kiedyś ktoś robił w szkole alarm zintegrowany z ogrodzeniem, czy coś takiego. Nie można było wejść na teren bez jego uruchomienia. I wtedy na obronie padło pytanie: A gdyby tak za ogrodzenie struś wleciał? To alarm by się uruchomił, czy nie?

Cała trójka wybuchnęła śmiechem na samo wspomnienie miny indagowanego. Do mnie dotarło to po chwili. Nie wiem co bym zrobił na miejscu tego chłopaka, ale teraz obudziło się we mnie coś na wzór podziwu dla poczucia humoru ciała pedagogicznego. Przecież oni byli tacy jak my, gdy na warsztatach kazało się jakiemuś świeżakowi przynieść gumowy młotek czy skoczyć po wiadro fazy dla instruktora:-) Byli takimi samymi urwisami, tylko starszymi.

Aż "Miś" mi stanął przed oczami:

 

I jak myślicie? Co z tym strusiem?

Mnóstwo moich zdjęć, świadectwa szkolne - zajrzyjcie do specjalnego serwisu Zarębski wraca do szkoły

Andrzej Zarębski, Płock

wtorek, 11 maja 2010
Bank się ukazał! Gdzie? Na przyjęciu

Ale odjazd. Godzinę temu wyszedłem z polskiego, a jeszcze dojść do siebie nie mogę! Mieliśmy Makbeta. Pierwszą lekcję. Żaden z nas nie przeczytał lektury. Ja byłem w tej dobrej sytuacji,  że pani Ewa Trzcińska, u której byłem ostatnio na zajęciach w klasie pierwszej (sezon 1984/85), nie chciała zaryzykować i mnie pytać.

Inni nie mieli tak łatwo, choć żaden się tym nie przejął. Najlepszy był kolega z pierwszej ławki, który na początku zadeklarował, że przeczytał Makbeta i nawet miał książkę ze sobą. My, czyli cała reszta, nie mieliśmy. Na wszelki wypadek nie wychylałem się, że gdzieś tam liznąłem tego dzieła, że widziałem świetny spektakl z Danielem Olbrychskim, że "Tron we krwi" Kurosawy widziałem jeszcze jako dziecko.

A wracając do kolegi z pierwszej ławki rozpoczął naprawdę efektownie.

- Poznajemy Makbeta jako zdrajcę przyjaciół.

- Ty chyba nie tego Makbeta czytałeś - zauważa pani Ewa. Boleśnie sobie przy tym uświadamia, że to będzie ciężka lekcja.

Potem było jeszcze ciekawiej.

- I ona bierze te sztylety i zabija Duncana - zauważa inny mój nowy kolega z ostatniej ławki.

- Nie, nie, nie... przerywa nauczycielka. - Kto zabija?

Wraca na scenę ten z pierwszej, ten, który czytał.

- Lady Makbet.

- To szokująca wiadomość - pani Ewa aż się oparła o szafę. - Ty chyba nowy dramat piszesz.

Najlepsze jednak było chyba to:

- Makbetowi ukazał się Bank na przyjęciu... - to ten kolega z ostatniej ławki, zdecydowanie najaktywniejszy na zajęciach.

Nie pozostaje mi nic innego, jak iść z duchem czasu. To dla was chłopaki, tylko dotrwajcie mniej więcej do 6 min. Wtedy dowiecie się czegoś o Makbecie:-)

Mnóstwo moich zdjęć, świadectwa szkolne - zajrzyjcie do specjalnego serwisu Zarębski wraca do szkoły

Andrzej Zarębski, Płock

Ciekawe na kogo jeszcze trafię?

Wieść o tym, że znów usiądę w szkolnej ławie, lotem błyskawicy musiała rozejść się Elektryku. Już lekcję historii zakłócił mały incydent. Siedziałem w kącie. Z lewej strony miałem kilka map, za plecami otwartą szafę z materiałami do lekcji, z prawej przez kilka minut siedział Marek, który wybrał ostatecznie pierwszą ławkę. Mówi się trudno. Pewnie z historii jest bystrzejszy ode mnie i wolał nie narażać na szwank swojej reputacji:-)

Dość jednak o tym gdzie siedziałem. W najciekawszym momencie, gdzieś między Mieszkiem a Władysławem II, nagle otworzyły się drzwi do klasy. Towarzysze "niedoli" wstali jak jeden mąż. Pomimo młodego wieku, to całkiem wysokie chłopaki. Musiałem się więc wychylić, żeby zobaczyć co się dzieje. Wchodzą dwie osoby i się rozglądają. Już wiedziałem, że za mną. To pani Ewa Domosławska, która akurat mojej klasy nie uczyła, ale w Elektryku nadal pracuje i... no właśnie, sam Kazimierz Wiercioch, fizyk na emeryturze, cały rozpromieniony. Popatrzyli na mnie i zaprosili na przerwę do pokoju nauczycielskiego. To było bardzo miłe spotkanie.

Zanim jednak do pokoju dotarłem, na schodach zaczepił mnie Zdzisław Zieliński (tak wynikało z identyfikatora na piersi). On mojego nie szukał. Popatrzył w oczy i...

- Ty tu chodziłeś... Zarębski?! - zapytał i nawet nie czekał na odpowiedź. - Zaraz, zaraz - nie dawał za wygraną. A ja jak bum cyk cyk, nie mogłem go sobie przypomnieć, choć gdzieś tam w głowie majaczyło się, że na kogoś mówiliśmy "Zieliniak".

zdzislaw zielinskizdzislaw zielinski

- Może pan nie pamiętać, bo kiedyś Zdzisiek wyglądał trochę inaczej. Włosy czarne miał... - zaczęła wyliczać historyczka Emilia Kiełbasiewicz. A ja robię dwa zdjęcia "Zieliniaka", bo pierwsze bardziej mi się podoba, a drugie jemu. Mam nadzieję, że jak je zobaczy, nie pożałuje kawy, którą poczęstował mnie na zapleczu swojej pracowni.

 Niemniej pan ZZ nadal patrzył w moje oczy.

- Zarębski... Hmm... Kiedy kończyłeś szkołę? W 1989? No to wychodzi mi, że masz na imię Andrzej - strzelił w dziesiątkę, a później na wspomianym zapleczu przegadaliśmy dobrą godzinkę. Aż się psor Wiercioch mało na mnie nie obraził, bo zrobił mi herbatę w pokoju, a ta stygła i stygła:-)

- No tak - machnął ręką, gdy się usprawiedliwiłem. - Zdzisiek jak zacznie gadać, to tak prędko nie przestaje:-) - i wybaczył.

 Ciekawe kto mnie zaczepi we wtorek...? Melduję się w szkole o 7.30.

Andrzej Zarębski, Płock

poniedziałek, 10 maja 2010
A ja wiem coś nowego:-)

I to po pierwszym dniu w Elektryku. Po pierwsze, że jak się jest fajnym absolwentem, to i bez identyfikatora da się po szkole poruszać. Po tej szkole...

Elektryk

Co prawda gdy o 8.31 wpadłem zdyszany na korytarz i szparkim krokiem ruszyłem w kierunku dyrektorskiego gabinetu, powstrzymała mnie na chwilę czujna pani woźna. Puściła gdy wydyszałem, że ja do pani dyrektor. Wpadłem do sekretariatu i od progu usłyszałem:

- No wiedziałam, że masz przyjść. Tylko co tak późno?! - z wyrzutem, ale i ładnym uśmiechem przywitała mnie Dorota. Sympatyczna brunetka, która bawiła się na naszej studniówce, a pracownikiem szkoły została raptem pół roku później. - Emilia tu na ciebie czekała i się nie doczekała. Nieładnie - chyba pogroziła mi palcem.

Na te słowa z gabinetu wyszła sama szefowa.

- Przepraszam pani dyrektor - zacząłem. - Obiecałem sobie, że się nie spóźnię, ale... - w myślach szukałem usprawiedliwienia. - Samochód mi się zepsuł, nie mogłem go odpalić.

- Dobrze, dobrze - błysk w oku, taki nie przeznaczony dla natręta. - Już ja się panem zajmę.

- Tak już? Nawet nie pogadamy? Może...

- Nie, idziemy. Trzeba było się nie spóźniać - i choć nie pociągnęła mnie za ucho, nie wzięła za rękę, by na spokojnie, krok po korku, wprowadzić w szkolne życie, jakimś sobie znanym sposobem zmusiła, żebym bezwolnie szedł za nią. Nawet nie zdążyłem odwzajemnić uśmiechu Dorocie. Szedłem prawie jak na ścięcie. Do sali na parterze, tej, w której przed laty mieliśmy kurs na prawo jazdy. Otworzyła drzwi, lekcja trwała w najlepsze. Szybki rzut oka wystarczył, żeby stwierdzić, że nie jest dobrze. Przy rzutniku, jak się domyśliłem, stała pani Emilia Kiełbasiewicz (pracę w Elektryku zaczynała w 1991 roku). W półkolu przed nią skupionych było kilkunastu chłopaków. Najgorsze jednak były te zakratowane okna. - Kurczę, żadnej możliwości ucieczki - zdążyłem pomyśleć, zanim nie utonąłem w historii po uszy. Bo właśnie na ten przedmiot trafiłem. I to na dwie godziny! No prawie dwie (przecież byłem już 35 min spóźniony:-)).

Jak było? Najpier z IITc liznąłem trochę powstania styczniowego. Potem z ITc dałem się uwieść opowieści o rozbiciu dzielnicowym, a właściwie zjednoczeniu Polski. Nie mogłem pojąć jak trafić, do trudnego przecież, nastoletniego ucznia szkoły technicznej. A jednak psorce się udawało. Trochę humorem, a na pewno pasją. Moi koledzy ze szkolnej ławy nie pozostawali dłużni. Kupili całą opowieść. I nawet odpłacili dowcipem.

- Powiedzcie co tam jeszcze jest między dzielnicami? - pytała psorka naprowadzając ich na właściwy trop i wskazując na mapę.

- Miedza! - padła krótka i rzeczowa odpowiedź.

To była druga rzecz jakiej się dowiedziałem.

Andrzej Zarębski, Płock

Trzęsą mi się nogi, trzęsą mi się ręce

Wracam do szkoły. Do mojego Elektryka. Melduję się tam za kilkanaście minut, po niespełna czterech godzinach snu. Ale będę, jak na przykładnego ucznia przystało. Szkoda, że kiedyś nie dało się tego o mnie powiedzieć...

W życiu bym nie pomyślał, że jeszcze kiedykolwiek będę się uczył. Ja? Leń nad lenie? Przykładny, ale nie uczeń, a wagarowicz? I to w chwili kiedy mój starszy syn Filip poci się na maturze, a młodszy Kacper siedzi za biurkiem i owszem, ale głównie tym, na którym stoi komputer. Gdzie mu tam nauka w głowie!

A ja, stary, 40-letni chłop, wracam tam, gdzie przez dobrych pięć lat dojeżdżałem najczęściej autobusem linii nr 20. Na ul. Gwardii Ludowej 7. Dokładnie naprzeciwko jednostki straży pożarnej, gdzie był sklepik, w którym można było kupić papierosy i naleśniki z serem.

Na razie wiem, że pani dyrektor Anna Piekarska przyjmie mnie z otwartymi ramionami. Jak każdego nowego ucznia. Ale nie wiem co zrobi jeśli się spóźnię i nie będę miał ze sobą zeszytu. O kapciach na zmianę nie mówiąc. Będę znów musiał użyć sztuczki z niebieskimi oczami i spuszczoną głową. A może pojadę autobusem i jak kiedyś poproszę miłą pasażerkę, żeby mi napisała usprawiedliwienie ze stosownym i wiarygodnym uzasadnieniem? No kurczę, przecież i autobusy się psują, albo stoją w korkach! I nie rozumiem dlaczego nauczyciele nie chcą w to uwierzyć:-)

Weź ty się Jędruś lepiej ogarnij... Raz, dwa, trzy... Lepiej. Przecież Elektryk to twoja ukochana szkoła, w której poznałeś wielu fajnych ludzi, z kadrą nauczycielską włącznie. A że pukali się w czoło, gdy zamarzyłeś sobie zostać aktorem? No i co z tego? To wyobraź sobie ich miny, gdy ostatecznie z dobrym wynikiem zostałeś nauczycielem polskiego. Widzisz minę psorki Małowiejskiej, gdy się o tym dowiedziała? Musiała być bezcenna...

Uff. Już naprawdę lepiej. Wracam zobaczyć jaka jest dziś moja szkoła. Moich nauczycieli raczej nie spotkam, choć wiem, że jakieś godziny ma tam jeszcze niesamowity fizyk, a przede wszystkim człowiek, psor Wiercioch. Tak. Wracam zobaczyć jak to jest być uczniem Elektryka w czasach wszechobecnego Internetu, komórek i sieci bezprzewodowych. Przecież za moich czasów o żadnej z tych rzeczy nawet nie marzyliśmy. Żeby się uczyć, jeśli się oczywiście komuś chciało, musieliśmy ganiać po bibliotekach. A dziś? Komórka pod stołem może wystarczyć, żeby odpowiedzieć na najbardziej kąśliwe pytanie gościa, którego zadaniem jest wbić nam cokolwiek do głowy. W najgorszym wypadku, żeby odrobić pracę domową, np. z polaka, wystarczy wejść do netu i przy pomocy wszechwładnego pana googla ją sobie przekopiować. Prościzna. Tylko czy o to tak naprawdę chodzi? Czy proces dydaktyczny, a co gorsza my sami, nie ucierpimy w przyszłości na takim podejściu do sprawy?

Właśnie na takie i wiele innych pytań będę szukał odpowiedzi. Także jako były nauczyciel. Od tej strony przyjrzę się z kolei w środę mojej Szkole Podstawowej w Cieślach. Strasznie jestem ciekaw, czy i tam dotarła medialna cywilizacja. Bo kiedyś, niespełna 20 lat temu, szczytem techniki był telefon. Jeden w szkole, drugi u sołtysa. No i parę magnetowidów. Już zaczynam tęsknić za tą ciszą.

No i co? No i nic. Witaj szkoło...

Kurde blaszka! Zaraz się spóźnię...

Andrzej Zarębski, Płock

O kumplach trzeba pamiętać. Zawsze

Złapać kontakt z kumplami z klasy to podstawa. Ba, ale jak? Wbrew pozorom okazuje się, że nawet współcześnie nie jest to takie proste. Numerów telefonów mam raptem kilka. Gdzieś tam są jakieś nieużywane kontakty na nn. Ot odpowiedź na zaproszenie.

Właściwie od matury spotkaliśmy się tylko raz. Nie wszyscy, ale wszyscy tego dnia byliśmy po prostu razem. Kilka lat temu. Szkoda tylko, że okazja była bardzo smutna i absolutnie nie byliśmy na nią przygotowani. A wtedy... jeden z nas już po prostu odszedł. Na zawsze. Ale ten ostatni raz sprawił, że znów byliśmy ze sobą. Wszyscy bez wyjątku. W ogromnej większości na cmentarzu i później w knajpie, gdzie wspominaliśmy stare dobre czasy, pełne tej szkolnej beztroski. Czasy, w których codziennie towarzyszył nam on. Bo kto jak kto, ale Arek, w którego domu rozwiązywaliśmy zadania przed próbną maturą, był mądrym gościem. I twardym. Przy każdej okazji. Pamiętam taką sytuację, gdy musiał bronić się na korytarzu. Nie potrzebował pomocy. Miał siłę. Inna, która na zawsze zapadła mi w pamięć, to ta z polskiego. Kiedy nie mogliśmy skumać tekstu jakiegoś wiersza. Pani Małowiejska, choć zawsze starała się zachować stoicki spokój, bliska była wybuchu. No ale żaden z nas nie miał zielonego pojęcia co autor miał na myśli. Tylko Arek, uczeń bardzo dobry, z którego zdaniem nauczyciele się po prostu liczyli, w końcu wstał.

- Pani profesor my z tego nic nie rozumiemy - powiedział.

- Ty też? Niemożliwe - zdziwiła się psorka.

- Ja też pani profesor - skończył zdecydowanie, bo też nic nie skumał.

I dzięki niemu wszystko rozeszło się po kościach, choć nie pamiętam też, żebyśmy ten tekst omówili. Tak sobie myślę, że dzisiaj na pewno miałby coś ciekawego do powiedzenia. I na pewno coś by tutaj skomentował. To był swój chłop. Tu widać dobrze. Czwarta głowa od lewej strony. Arek, nie krępuj się. Jak by co, to coś maźnij...

wagary

Nie, tym razem nie będzie wesoło. Nie o tym chciałem pisać, ale jak przeglądałem nasze zdjęcia, to... to był jakiś impuls. Na wspominki wesołe mamy jeszcze dość czasu. A te smutne? Po prostu zawsze trzeba pmiętać o kumplach. Zawsze.

Andrzej Zarębski, Płock

 
1 , 2
| < Luty 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28