piątek, 14 maja 2010
Można i bez komputera

Kreda, gąbka, alfabet na tablicy, wielkie liczydło z koralikami, na parapetach fasolka hodowana przez dzieci w słoikach - wreszcie poczułam się jak u siebie. Jak w szkole przed ponad trzydziestu laty. Z tą różnicą, że w moich czasach nie było klas integracyjnych, nie przypominam sobie, żebyśmy w ogóle używali słowa ”integracja”.

Od dwóch lat w szkole podstawowej w Dusznikach-Zdroju działa właśnie taka klasa - w II c jest kilkoro dzieci z lekkim upośledzeniem, z autyzmem, niedowładem. Dzieciaki są tak wymieszane i zgrane, że trudno mi się zorientować, które z nich mają kłopoty. Na korkowej tablicy oprócz aktualnych klasowych mistrzów w pisaniu, czytaniu i rachowaniu, kolorowa kartka: „Masz prawo do błędu. Jeśli coś ci się nie uda, spróbuj zrobić to jeszcze raz.”

- Dzisiaj popływamy - zaprasza nauczycielka i drugoklasiści z uciechą biegają po klasie wymachując rękami do żabki. „Pływanie” jest rozgrzewką do lekcji o Bałtyku. Najpierw trochę geografii przy mapie (jeśli dziecko czegoś nie wie, drugie może mu podpowiedzieć), a potem cała fala wspomnień.

Pani Krystyna Petryk, doświadczona nauczycielka, tak zręcznie podpytuje uczniów, że z emocjami, pełnymi ładnymi zdaniami opowiadają o swoim pobycie na wybrzeżu. O plaży, o tym, jak tato wrzucał je do wody, o przepływających statkach. Oglądają i opisują muszle, które pokazuje im pani Krystyna. To lekcja, która działa na zmysły. - Zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie, jak wchodzicie do wody -  zachęca nauczycielka. Co widziałaś? Jak to smakuje? Jak się nazywa? Czym chciałabyś popłynąć? - cały czas stymuluje dzieci do opowiadania, a one wyrywają się do odpowiedzi. Mówi do nich powoli, starannie; dyskretnie poprawia ich błędy w wymowie. To naprawdę fantastyczna lekcja i żadne komputery nie były do niej potrzebne.

Aneta Augustyn, Wrocław

12:53, anetaaugustyn , Wrocław
Link Komentarze (2) »
czwartek, 13 maja 2010
Byle na skróty

Uczniowie w mojej szkole dzielą się na tych, którzy czytają coś ponad rzeczy obowiązkowe (elita), tych, którzy przerabiają wyłącznie lektury (najliczniejsi) oraz tych, którzy nie czytają w ogóle. W czwartej klasie trzeba zaliczyć: "Opowieści z Narni", "Księgę dżungli", "Pinokia" i "Małą księżniczkę".

- Przez cały rok nie są w stanie przemęczyć nawet tych czterech książek i mówią mi to otwartym tekstem - mówi Izabela Wyciszkiewicz, polonistka. - Przecież wokół są atrakcyjniejsze sprawy: internet, komórki, telewizja satelitarna.

Zdaniem nauczycieli rośnie pokolenie, które nie tylko nie czyta i nie pisze, ale ma problem z wysławianiem się. Mówią skrótami, coraz krótszymi zdaniami. Język esemesów wyszedł z komórek do mowy potocznej. Podobno z każdym rokiem coraz trudniej o dzieci, które potrafią coś napisać, przeczytać i opowiedzieć.

Aneta Augustyn, Wrocław

15:10, anetaaugustyn , Wrocław
Link Komentarze (1) »
środa, 12 maja 2010
Bo net jest szybszy

 

Na historii razem z czwartą klasą przerabiam średniowieczne klasztory. "Klasztory pełniły ogromną rolę" - pisze młody historyk kredą na tablicy. Obok stoi wiaderko z wodą do wypłukania gąbki. Dzieci pilnie notują: mnisi przepisywali księgi, zajmowali się leczeniem, nauczali...Ze średniowiecza skok we współczesność.

- Skąd dziś czerpiemy wiedzę? - zagaduje nauczyciel.

Chłopiec nr 1: - Otwiera się net, Wikipedię i się przepisuje.

Chłopiec nr 2: - Zamiast przepisywać, można wydrukować.

Chłopiec nr 3, przymilnie: - Można też przeczytać książkę.

Chór: - Eee, komu się chce.

Nauczyciel: - Ktoś z was był ostatnio w bibliotece?

Chłopiec nr 2: - Tak, na www.biblioteka.pl.

Nauczyciel: - A gdyby tak wyłączyć internet na tydzień?

Chór: - Nie da rady, nuda, można by zdechnąć.

Chłopiec nr 4, zadowolony z konceptu: - Bo komputer bez internetu, psze pana, to jak miotła bez szczotki.

Nauczyciel: - Wasi rodzice wychowali się bez internetu.

Chór: - Ale oni mieli książki.

Nauczyciel: - Wy też macie.

Chór: - Ale net jest szybszy.

- Nie wygram z netem - przyznaje mi na przerwie historyk, Leszek Jarkowski. - Nie zabraniam więc im korzystania z niego, ale staram się, żeby przynajmniej byli krytyczni, bo choćby w Wikipedii błędów nie brakuje; ostatnio znalazłem je w tekście o Poniatowskim. Zabraniam  używania tylko Ctrl-C, Ctrl-V, czyli prostego kopiowania. Mają wyciągnąć esencję i napisać własnymi słowami. Nie wymagam zakuwania dat na pamięć, bo przecież mogą je znaleźć w sieci - dodaje.

Nie do pomyślenia na moich lekcjach historii przed 30. laty, gdy drżeliśmy przed panią Dąbrowską, jej groźnym wskaźnikiem i ciągłym odpytywaniem z dat dynastii Jagiellonów.

Coraz bardziej zazdroszczę dzieciom i nastolatkom w sześciotysięcznych Dusznikach: pracowni z nowymi "makami", pomalowanych wesoło klas, nowego boiska, świetnie wyposażonej sali do zabaw, tego, że już drugoklasiści czytają po angielsku. Najbardziej zazdroszczę im jednak pewności siebie, której my w ich wieku w szkole nie mieliśmy. Dystans wyraźnie się skrócił: nauczyciele nie siedzą już tylko sztywno za biurkiem - przysiadają na ławkach, kucają, mówią po imieniu. Uczniowie wywołani do odpowiedzi nie zrywają się na baczność, tylko odpowiadają siedząc, swobodnie, bez spięcia. Do lamusa odeszły cotygodniowe dyscyplinujące apele. To naprawdę inna epoka.

Aneta Augustyn, Wrocław

 

13:38, anetaaugustyn , Wrocław
Link Komentarze (3) »
wtorek, 11 maja 2010
Złowieni w sieć

„Często odkrywasz, że nie możesz się doczekać, kiedy znów wejdziesz do sieci?” - połowa uczniów odpowiada twierdząco. Jedna piąta decyduje się spać mniej, żeby w nocy móc zalogować się w necie albo pograć na komputerze. Tyle samo okłamało rodziców, co do ilości czasu spędzonego w sieci i tyle samo uważa, że życie bez Internetu byłoby puste i nudne. To część wniosków z ankiety, jaką w styczniu przeprowadził szkolny pedagog w klasach III-VI.

- Na jedną klasę przypada średnio jedno dziecko, które ma objawy uzależnienia – mówi Katarzyna Łuczko, pedagog. – Potrafią zarwać noce,  posiłki jedzą przed monitorem, a próba wyłączenia komputera wywołuje u nich agresję.

W szkole podstawowej w Dusznikach-Zdroju dzieciom nie wolno na lekcjach używać telefonów komórkowych (filmowały ukradkiem kolegów na lekcjach), obwarowany jest też Internet. Całkowity szlaban obowiązuje m.in. na Naszą-klasę, po tym jak w ubiegłym roku uczennice piątych i szóstych klas obrażały tam swoje koleżanki i ich rodziny. Oburzeni rodzice przyszli do szkoły z wydrukami z N-k, gdzie wszyscy mogli przeczytać, czyja matka jest alkoholiczką, kto  śmierdzi, a kto ostatnio ukradł coś w sklepie.

Sprawa zakończyła się tzw. zespołem wychowawczym: nauczyciele, pedagog i policjantka spisali z 13-latkami kontrakt – że jeśli internetowe uwłaczanie powtórzy się, sprawa trafi do sądu rodzinnego.

Bywa, że uczennice podszywają się: X wchodzi na profil Y i stamtąd wysyła obelgi do Z. Jestem zaskoczona, że wszystko to dzieje się tylko w kręgu dziewcząt. Chłopcom chyba wystarcza zanurzenie się w świecie wirtualnych gier, za to dziewczyny przenoszą emocje z realu do wirtualu i odwrotnie. Fronty koleżeńskie są płynne: raz Kaśka trzyma z Baśką przeciw Magdzie, za chwilę Baska przechodzi na stronę Magdy. Idzie o zazdrość o chłopaków, o czas poświęcony jednej, a nie drugiej, o pożyczone kosmetyki albo przetrzymaną zbyt długo spódnicę. Z tego ostatniego powodu jedna z nastolatek wysłała koleżance sms-a z groźbą, a potem uderzyła ją na przerwie.

Aneta Augustyn, Wrocław

20:55, anetaaugustyn , Wrocław
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 maja 2010
Lekcja informatyki bynajmniej nie dla początkujących

Nie udało mi się wrócić do szkoły tą samą drogą, co przed 30. laty. Tam, gdzie kiedyś przechodziło się na skróty, dziś zieleni się otoczony siatką „orlik”. To właśnie na tym boisku chłopcy z szóstych klas rozegrali mecz, który ich klasowe koleżanki „obrabiają” teraz na lekcji informatyki. Wchodzą do klasy jak do laboratorium: torby na bok, każda zdejmuje parę słuchawek i siada przed swoim komputerem. Okna zaciemnione roletami, wzdłuż ścian stoją nowiutkie „maki” o płaskich monitorach, eleganckich przezroczystych klawiaturach, błyskawicznie pracujące na szybkich łączach. Nastolatki siadają tyłem do nauczyciela, słuchawki na uszach, w ciszy słychać szum serwera i klikanie myszek. Klik - wytnij plik - klik - załącz - klik - udostępnij - klik - dodaj - klik – zapisz... Z nagranego meczu piłkarskiego każda tworzy własny film z tytułem, napisami początkowymi, komentarzem, podkładem muzycznym.

Nie nadążam za tempem, w jakim wybierają „akcent grozy” albo „miejski poranek”, przesuwają „zduszony śmiech”, dokładają efekty specjalne w postaci mgły, deszczu, błyskawic.

Każda wpatrzona w swój monitor, nauczyciel - w swój. Nie musi wstawać od biurka, żeby w nauczycielskim maku sprawdzić, że komputer nr 9, czyli drobna szatynka w loczkach właśnie układa tytuł filmu, a nr 1, blondynka w jasnej bluzce, pracuje nad efektami specjalnymi.

Odwracają głowy tylko, żeby czasem spojrzeć na ścianę, na której nauczyciel wyświetla podpowiedzi.

- Panie Maćku, zacina mi się przenikanie.

- Efekty mogą się dłużej ładować. Nie otwierajcie za dużo okien, to program pamięciożerny.

- Jak mam podzielić ujęcia?

- Da się powiększyć litery?

- Mnie deszcz nie wchodzi od początku dźwięku.

Po pierwszym dniu w szkole podstawowej w Dusznikach-Zdroju jestem oszołomiona. W mojej epoce nikt nie ośmielił się mówić do nauczyciela „panie Piotrze” czy „pani Basiu”. Obowiązywało niepodważalne „psze pana”. Zamiast dawnych smutnych korytarzy - feeria barw. Pracownia informatyczna cała w rysunkach: nauczyciel sam zrobił je po lekcjach. W dawnym gabinecie fizyki - pracownia do języka angielskiego, wyposażona lepiej niż, za moich studenckich czasów, sale filologiczne na Uniwersytecie Wrocławskim. W ogóle nie ma już gabinetów z tabliczkami: fizyka, chemia, historia... Teraz po prostu są klasy. Pełne uczniów, obowiązkowo zaopatrzonych przez rodziców w telefony komórkowe, już od pierwszych klas. Można nie zabrać do szkoły drugiego śniadania, ale komórkę - koniecznie.

Aneta Augustyn, Wrocław

20:11, anetaaugustyn , Wrocław
Link Komentarze (2) »
piątek, 07 maja 2010
Duszniki jednak trochę 2.0

Zanim w poniedziałek trafię do swojej szkoły w Dusznikach, już zorientowałam się, że jednak jest trochę 2.0: ma swoją stronę internetową, która żyje. Na poczesnym miejscu relacja z odwiedzin Weroniki Nowakowskiej, biathlonistki z  Olimpiady w Vancouver, która właśnie w dusznickiej podstawówce stawiała pierwsze kroki w biathlonie. Znajduję informacje o nauczycielach (dwoje udostępnia nawet swoje adresy elektroniczne), o pedagog, o stołówce, o miasteczku... Widzę chyba nieźle wyposażoną pracownię informatyczną, rzędy komputerów, rzutnik multimedialny. Jest nawet pracownia językowa, a w niej, zamiast siermiężnych ławek, eleganckie stoliki ustawione w podkowę, każdy ze słuchawkami. W galerii oglądam wnętrza zupełnie niepodobne do tych, które zapamiętałam. Kiedyś były poważne, z lamperiami pociągniętymi olejną i plastikowymi doniczkami z pelargoniami. Dziś kipią od barw i wesołych rysunków; to pewnie twórczość samych uczniów. Podejrzewam, że powrócę do szkoły zupełnie odmienionej. No, ale to w końcu prawie 30 lat... Coraz bardziej jestem ciekawa, w jakim stopniu nauczyciele wykorzystują internet do pracy z uczniami, czy kontaktują się ze sobą także przez Facebook lub Naszą-klasę, czy znają swoje e-maile? A może żyją w zupełnie odrębnych światach?

Aneta Augustyn, Wrocław

16:14, anetaaugustyn , Wrocław
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 maja 2010
Aneta Augustyn - Wracam do swojej szkoły

To regres kontrolowany, w ramach akcji „Gazety Wyborczej”, której jestem dziennikarzem. Na kilka majowych dni powrócę do swojej szkoły podstawowej w Dusznikach-Zdroju (zajrzę też do gimnazjum), którą opuściłam przed prawie 30. laty. Chcę zobaczyć, jak funkcjonuje dziś, w epoce internetu.

Zanim jednak przekonam się, jak wygląda nowe, próbuję wywołać z pamięci stare. Pierwsze skojarzenia: poczciwy elementarz Falskiego  z „Ala ma kota” i nauka rachowania na liczydłach z koralikami. Ubraniowa urawniłowka: wszyscy w granatowych mundurkach ze stylonu, z białymi kołnierzykami i z tarczami z szarotką, które nie wiedzieć czemu za wszelką cenę chcieliśmy ukryć i przypinaliśmy je dopiero przed szkołą.

 

Niezliczone apele na podwórzu „z okazji” i „ku czci”, zawsze z haftowanym sztandarem z portretami patronów, Bronisława Czecha i Heleny Marusarzówny, których przymioty były stale podnoszone i stawiane nam na wzór. Paraliżujący strach przed lekcjami chemii i fizyki. Dynastie Piastów i Jagiellonów wkuwane na pamięć, u wyjątkowo srogiej nauczycielki historii. Ballady, które śpiewaliśmy na lekcjach języka rosyjskiego (dopiero po latach doceniłam urodę tego języka). Pierwsza lekcja geografii, bodajże w czwartej klasie: nauczycielka zabrała nas na wzgórze i uczyła kierunków świata. Rozkładaliśmy ręce: po lewej wschód, po prawej zachód...

Fascynujące słoje z tasiemcami w sali do biologii oraz fasolka, którą hodowaliśmy na gazie rozpiętej na słoiku. Biblioteka z książkami obłożonymi w szary papier i wyczekiwanie na z rzadka pojawiające się nowości. Zajęcia praktyczno-techniczne, na których chłopcy zbijali karmniki, a dziewczyny dziergały na drutach kolejny szalik. Niezależnie od płci wycinaliśmy fantazyjne koszyki z opakowań płynu do mycia naczyń (do dziś nie wiem, do czego miały służyć). Lekcje muzyki, na których otwieraliśmy walizkę pełną instrumentów i dzieliliśmy się: kto bierze trójkąty, grzechotki, talerze... Tak było w ubiegłym wieku, w epoce, gdy nie było komórek, laptopów, ani nawet kserokopiarek;  szczytem techniki na lekcjach był rzutnik slajdów.

Co z tamtych czasów przydało mi się w życiu? Na pewno dyscyplina myślenia wyniesiona z matematyki, niezła znajomość ortografii, ciekawość przyrodniczo-geograficzna i umiejętność oszczędzania dzięki książeczkom SKO :)

Choć chodziłam do szkoły sportowej, rzut piłką lekarską, narciarskie próby i skoki w dal nie były mi wtedy szczególnie bliskie. Może coś jednak zostało wówczas zasiane, bo po latach odkryłam frajdę z jazdy na nartach, pływania, roweru, regularnej gimnastyki i dziś trudno byłoby mi bez nich funkcjonować.  Pozostał sentyment do Falskiego, niedawno kupiłam nowe wydanie.

Mam jednak wątpliwości, czy niezbędna była mi umiejętność szydełkowania oraz wkuwanie dat i faktów na pamięć. Czy nie lepiej było uczyć nas języków, sprawnego poruszania się po źródłach wiedzy?

To była szkoła, która nie różniła się zbytnio od tej, do której chodziła moja mama czy nawet moja babcia: ta sama tablica, tablica, ta sama Orzeszkowa i Reymont. W tamtym świecie wszystko toczyło się w tempie, za którym udawało się nadążać. Świat skrojony na miarę dziecięcej percepcji. Czasem groźny, ale zwykle bliski, swojski i bardzo namacalny.

Dziś uczniowie dzielą swój czas na świat rzeczywisty i wirtualny: szybki, kuszący, kopiowalny.

Jestem bardzo ciekawa, jak dziś szkoła daje sobie z nim radę. Czy dotrzymuje mu kroku, czy też zatrzymała się w epoce kredy? Czego dziś uczy i przede wszystkim - jak to robi? Czy potrafi przekonać do siebie pokolenie „digital native”, które nie pamięta czasów przedinternetowych i dla którego rzeczywistość wirtualna wydaje się być nie mniej ważna od tej prawdziwej?

Aneta Augustyn, Wrocław

11:59, anetaaugustyn , Wrocław
Link Dodaj komentarz »
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30