czwartek, 20 maja 2010
Da się poznawać lirykę w pracowni komputerowej
Komputery włączone, na ekranach tabelki. To lekcja... polskiego. Mało tego, lekcja o poezji lirycznej. Pracujemy nad subtelnymi wierszami Haliny Poświatowskiej.
poniedziałek, 17 maja 2010
Zbrodnia to niesłychana
Polonistka z mojej starej nowej szkoły wzdycha: - Chciałabym mieć pracownię multimedialną, ale nie wszystkie klasy mają ekrany i rzutniki. Ja mam na razie tylko DVD. Czasem jeszcze używam magnetofonu kasetowego (okropnie ciągnie). Ale to dlatego, że bardzo ciekawe materiały są tylko na kasetach, np. czytane listy bohaterów „Kamieni na szaniec”. Ile ja się naszukałam tego nagrania na płycie… Bez skutku. Cóż, to i tak prawdziwy kosmos w porównaniu z multimediami w mojej klasie.
sobota, 15 maja 2010
Wychowawca i bankier w jednym
Kolejna wizyta w mojej starej nowej szkole pozwoliła mi na dokonanie porównań w kwestii pieniędzy. Wniosek: 30-letnia odległość czasowa między szkołą dawną a dzisiejszą nie przyniosła rozwiązania tego problemu. Uczeń wciąż musi dostawać kasę od rodziców, a nauczyciel ją zbierać.
piątek, 14 maja 2010
Hałas się nie zmienił
Znowu byłam w mojej starej szkole. Wyszłam z lekkim uszkodzeniem błony bębenkowej lewego ucha, drganiem powieki prawego oka i świdrowaniem w korzeniach zębów. To dlatego, że jedno medium jest w nowej szkole pielęgnowane równie starannie, jak w starej - głos.
czwartek, 13 maja 2010
Jak zostałam pomocą naukową

Mam za sobą lekcję historii w mojej dawnej szkole. Temat: opozycja w Polsce po 1945 r. Realizacja tematu - matko, u mnie w klasie taka by nie przeszła. Za moich czasów nauczyciel nie dopuszczał, by prawdy historyczne wywrzaskiwał jakiś zespół rockowy. Tu zaś mało, że historyk stawia na biurku laptop i rzutnik multimedialny. On jeszcze wchodzi na YouTube, gdzie Mezo i Owal przy zdjęciach z czerwca 1956 r. rapują o władzy, co sięga po broń.

Film się kończy, uczniowie przestają się kiwać do taktu, a nauczyciel puszcza jeszcze dokumenty z lat 1968, 1970, 1976. Mówi przy okazji o „Dziadach”, wydarzeniach na wybrzeżu, o Ursusie i Radomiu. Także o protestach studentów w Krakowie pod koniec lat 80. Wyrywam się z wiadomością, że to ostatnie sama widziałam. Chcą słuchać, więc opowiadam, jak zomowcy otoczyli Collegium Novum, jak łapali studentów na ulicach, jak profesorowie prawa wyciągali moich kolegów z aresztu. Opowiadam i czuję się jak stary antykomunista. Pomyśleć, że 30 lat temu w tej samej szkole stał się moim udziałem czyn komunistyczno-rewolucyjny...

A było to tak. Mieliśmy zespół mandolinistów z harmonistą na czele. Marzyłam o przynależności do tej elitarnej grupy. Po kilku miesiącach przynoszenia samych piątek (to był wtedy najwyższy stopień), wzorowej grzeczności i chodzenia wcześnie spać wymogłam na rodzicach zakup mandoliny. Która, niestety, w moich rękach zdecydowanie odmówiła współpracy.
Mój pierwszy i jedyny występ publiczny wraz z zespołem odbył się na akademii z okazji rocznicy rewolucji październikowej. Rocznica ta była powszechnie uznanym pretekstem do podejmowania tzw. czynów rewolucyjnych (np. wychowawca ogłaszał, że w jego ramach skopiemy rabatki wokół szkoły), toteż prowadząca akademię uczennica ogłosiła patetycznie: - A oto rewolucyjny czyn naszych młodych muzyków.
Wyszliśmy na środek sali gimnastycznej i zabrzdąkali prościutką melodyjkę. Zjedzona przez tremę, brzdąkałam nierówno, a gdy się w końcu rozkręciłam, utwór dobiegł końca.
Zespół mandolinistów kontynuował karierę, ja jednak wepchnęłam wredny instrument na dno szafy, gdzie się – zapomniany – rozsechł przez lata.

Joanna Skiba, Częstochowa

środa, 12 maja 2010
Kopiarka kontra komputer, czyli przepaść pokoleniowa

Mój drugi dzień w starej nowej szkole. Wędrując po zakamarkach parteru trafiam na bibliotekę (za moich czasów była na piętrze). A obok – na pokoik z czterema stanowiskami komputerowymi. Wszystkie są do dyspozycji uczniów, podłączone do internetu, choć z blokadami na strony, których tak młodzi ludzie jak gimnazjaliści nie muszą odwiedzać. Właśnie trójka chłopców buszuje po YouTube: ma godzinną przerwę w lekcjach i nic innego do roboty. – Drukować też możemy – pokazują skaner połączony z drukarką. – Trzeba się tylko zalogować.

Nie tłumaczą mi tego ostatniego słowa, automatycznie zakładają, że je znam. Znam. Ale nagle czuję się bardzo staro. Kiedy ja byłam w ich wieku, nie miałam pojęcia, co to kserokopiarka. Tylu ludzi chciało to dziwo obejrzeć, gdy pierwszy raz pojawiło się w Częstochowie i stanęło w domu usługowym Megasam, że się nie mogłam dopchać.

Ta kopiarka zagrała główną rolę w klasowym dramacie. Oto cały kraj oszalał wtedy na punkcie wschodnich sztuk walki (było to na pewno przed 1984 rokiem, ale dokładnej daty nie pamiętam). Modę wprowadził Bruce Lee i jego film „Wejście smoka”. To było dosłowne wejście smoka: widzowie stali w kolejkach do kin, zakłady pracy kupowały całe seanse, gazety, które zamieściły fotos Małego Smoka (tak nazywano aktora), sprzedawały nakład na pniu. Takie właśnie zdjęcie - kolorowe, wycięte z jakiegoś tygodnika społeczno-kulturalnego – pożyczyła od kolegi dziewczyna z naszej klasy. Zgodził się, by zrobiła kilka kserokopii dla siebie i przyjaciółek. Jedna z nich została oddelegowana do Megasamu, z oryginałem zdjęcia i pieniędzmi na odbitki. Już raz robiła kserokopię czegoś tam, panny uznały ją więc za eksperta. Następnego dnia jednak wróciła z niczym. Opowiedziała przerażonym dziewczynom, że zdjęcie było w rogu naddarte, zahaczyło się więc, maszyna wciągnęła je do swego wnętrza, zmięła, zniszczyła, poszarpała na kawałki. I że wobec tego pan obsługujący kopiarkę po prostu je wyrzucił. Dziś żaden dzieciak nie dałby się nabrać na taką opowieść, bo dobrze wie, jak robi się kserokopie. Ale wtedy wyjaśnienia koleżanki przyjęto za prawdę.

Pozostał problem, jak zareaguje właściciel zdjęcia na wieść o stracie. Zareagował gwałtownie: albo dokładnie takie samo zdjęcie, albo odszkodowanie. Pierwsze okazało się nie do zdobycia, trzeba było sięgnąć do kieszeni. Tu jednak wysłana do Megasamu koleżanka stwierdziła, że nie zamierza płacić, bo to nie jej wina, że papier się podarł. I że ewentualnie może zadośćuczynić poszkodowanemu gazetowym plakatem zespołu Kiss. Ostatecznie zapłaciła nieszczęsna pośredniczka. Koleżanki nie odzywały się do siebie aż do wakacji, zaś koleżeństwo właściciela zdjęcia i nieszczęsnej pośredniczki rozpadło się już na zawsze…

Joanna Skiba, Częstochowa

wtorek, 11 maja 2010
Jak zamek królewski przegrał z windą

Teraz znowu odcinek wspomnieniowy. Raz Częstochowskie Zakłady Materiałów Ogniotrwałych wysyłały do Warszawy samochód po jakieś tam elementy. Wszystko jedno jakie, grunt że długie. Nie mieściły ich dostawcze żuk czy nyska, trzeba było brać autobus. A że w zakładach pracował ojciec jednej z koleżanek, klasa dostała propozycję darmowego wyjazdu do stolicy, jako uzupełnienie ładunku.

Zabytkom tośmy tam nie poświęcili za dużo czasu, bo akurat wtedy oddany został do użytku nowy budynek Dworca Centralnego. Miał on drzwi na fotokomórkę, więc wszyscy pragnęliśmy ich dotknąć, gdyż podobnej nowości jeszcze wtedy w Częstochowie żadne oko nie widziało. Wysadzeni przed dworcem, sprawdziliśmy działalność fotokomórki bardzo dokładnie, wychodząc i wchodząc, wychodząc i wchodząc, wychodząc i wchodząc… Potem były – pamiętam – jakieś ruchome schody. Testowaliśmy je zbiorowo, poza koleżanką Elą, która w obawie, że się wywróci, dostała spazmów na samym ich środku. Nasze eksperymenty naukowe rychło przyciągnęły strażnika, który stanowczo zażyczył sobie, byśmy schody opuścili natychmiast, bo je zepsujemy. Na koniec została nam jeszcze szybkobieżna winda w Pałacu Kultury; śmieszne uczucie obsuwania się żołądka doceniliśmy jako rozrywkę, ale oddanie się jej bez reszty uniemożliwiły nam kolejki do wind (w Pałacu tłoczyli się inni zwiedzający). Raz w górę, raz w dół – więcej nie dało się utargować.

I tak, syci nowinek technologicznych wróciliśmy do domu wraz z ładunkiem prętów ogniotrwałych, turlających się z brzękiem po podłodze autobusu.

Joanna Skiba, Częstochowa

Stara szkoła stanęła na głowie

No i byłam dzisiaj w tej mojej nowej starej szkole.

– Boisz się? – pytali jedni znajomi nie wiedzieć czemu. A czego mam się bać? Przecież mnie nie wezmą do tablicy i nie przepytają z liczby atomowej pierwiastków (zresztą nawet gdyby, to i tak jestem nieprzygotowana).

- Czego się spodziewasz? – chcieli wiedzieć drudzy. Cóż, wielu rzeczy:
- że mnie wpuszczą;
- że będą chcieli gadać;
- że pokażą mi najskrytsze swoje tajemnice;
- że powiedzą: opisz to, opisz, i jeszcze zrób nam zdjęcie.

Na zewnątrz budynek się w zasadzie nie zmienił, pozostał szarym, trzypiętrowym i dwuskrzydłowym gmaszyskiem w ciemnym kącie ulicy, pośród drzew. Za to w środku wszystko zastałam postawione na głowie.

Za moich czasów uczeń nie śmiał nawet tknąć ciężkich drzwi przy wejściu głównym, wolno mu było korzystać jedynie z wejść od tyłu. Teraz jest dokładnie na odwrót. Główne drzwi ze szkła i białego plastiku odblokowuje za pomocą brzęczyka pani z portierni, przechodzi więc przed nią każdy uczeń. Gabinet dyrektora jest tam, gdzie kiedyś był sekretariat, a sekretariat – w miejscu dawnego gabinetu dyrektora. Świetlica, gdzie wieszaliśmy na ścianach własnoręcznie wykonane portrety zespołu Abba, została przemianowana na salę widowiskową, zaś świetlicą stał się dawny korytarz, teraz oddzielony szklanymi drzwiami. Z dalszej części korytarza wykrojono kuchnię i jadalnię, a niegdysiejsze kuchnia i jadalnia (były w piwnicach) służą za skład chwilowo niepotrzebnych mebli. Wreszcie moja pierwsza klasa została podzielona na dwie klitki, wynajmowane prywatnym firmom specjalizującym się w szkoleniach różnego typu.

Czy mi żal? Nie.

Joanna Skiba, Częstochowa

niedziela, 09 maja 2010
Ruch oporu przeciwko higienistce

Czy płyn do fluoryzacji zębów może być medium? Czemu nie; zakładam przecież, że medium to środek przekazu, a zawartość plastikowego kanisterka pod opieką pani higienistki miała przekazywać naszym zębom zdrowie, moc i urodę. I była medium najbardziej w naszej szkole znienawidzonym.

Pani higienistka wzywała po kilka osób z klasy do gabinetu dentystycznego, lała im do kubeczków (plastikowe kubki oraz szczoteczki były obowiązkowym elementem wyprawki każdego ucznia) śmierdzącą ciecz, kazała maczać w niej szczoteczki i kolistymi ruchami wcierać w zęby. Z rzadka udawało się zmylić jej czujność i dyskretnie wychlapać to świństwo do umywalki. Gabinet opuszczało się z instrukcją: przez godzinę nie jeść, nie pić i nie płukać. Po czym w drodze powrotnej do klasy zahaczało się o łazienkę, by w potokach wody z kranu (co z tego, że zimnej) utopić obrzydliwy smak dobroczynnego preparatu.

Joanna Skiba, Częstochowa

Walka z białym proszkiem podczas szkolnej przerwy

Superważnym medium była oczywiście tablica – prawdziwe utrapienie. Przez całą szkołę męczyliśmy się z nią na każdej lekcji i przerwie.

W naszej sali lekcyjnej tablica była wielką dechą pomalowaną na czarno farbą olejną. Światła lamp odbijały się w niej, czyniąc większość zapisanej treści niewidoczną. W dodatku w warstwie farby zostały ślady pędzla. Kreda skrzypiała na nich przeraźliwie (żeby odtworzyć ten dźwięk, trzeba by przeciągnąć kawałkiem styropianu po szybie).

Ale pisanie to i tak było nic w porównaniu ze ścieraniem. Obowiązek ten należał do dyżurnego. Ledwie po dzwonku wybiegaliśmy na korytarz, dyżurny gąbką maczaną w miednicy z wodą przystępował do mycia. Jednak smugi mokrej kredy nie dawały się usunąć, każe kolejne pociągnięcie gąbką tylko bardziej je rozmazywało. Płukało się gąbkę jak najdokładniej, muskało tablicę delikatnie albo szorowało – wszystko na nic. Tablica pozostawała w białych zaciekach, nie było widać, co się na niej pisze, a tego nauczyciele nie tolerowali. Kiedy mieli tablicę źle wytartą, stawali się bardzo niemili i oskarżali dyżurnego o niedbalstwo. Dlatego nieszczęsny niewolnik tablicy mocno się na przerwie napocił. Po pierwszym myciu ganiał do łazienki, by wylać z miednicy kredową breję i zastąpić ją czystą wodą, po drugim powtarzał wyprawę. Musiał przy tym pokonać korytarz pełen rozwrzeszczanych, biegających kolegów. Toteż dyżurnego łatwo było poznać: fartuch z przodu miał zwykle ulany na biało.

Wycieranie na sucho nie okazało się rozwiązaniem lepszym: tablica i tak pozostawała biała od kredowego pyłu, w dodatku z wyraźnymi śladami startych teoretycznie liter.

Jeszcze gorzej było w pewnej sali, z której zdarzało się naszej klasie korzystać gościnnie. Była tam mianowicie tablica obciągnięta czarnym linoleum. Na tym diabelstwie już zupełnie nie dało się pisać, kreda nie zostawiała właściwie żadnego śladu. Za to mycie nastręczało dokładnie te same problemy, jek te opisane powyżej.

Chyba dopiero w szóstej klasie na naszej ścianie zawisła tablica nowoczesna – metalowa (robiła w razie potrzeby za tablicę magnetyczną), pokryta zielonym, matowym tworzywem. Do pisania była idealna. Ścieraniu jednak poddawała się równie opornie jak jej poprzedniczki.

Joanna Skiba, Częstochowa

 
1 , 2
| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31