czwartek, 20 maja 2010
Plecaki pójdą w kąt. Tylko kiedy?
Mój syn nie dźwiga ciężkiego plecaka do szkoły. Ma to szczęście, że chodzi do wyjątkowej podstawówki: nie dość, że to szkoła integracyjna, gdzie dzieci zdrowe uczą się razem z niepełnosprawnymi, to jeszcze uczniowie od pierwszej do trzeciej klasy uczą się w jednej i tej samej sali. Zaleta jest taka, że każdy z nich ma swój stolik. Stolik ma otwierany blat i kryje schowek na przybory do pisana, zeszyty i książki. Jeżeli dana książka nie jest potrzebna do odrobienia pracy domowej, zostaje w klasie. I nie wędruje z moim dziewięciolatkiem w plecaku. A on nie dźwiga, kręgosłup mu się nie wykrzywia i tak dalej.
poniedziałek, 17 maja 2010
Cóż wy wiecie o forum, że zacytuję klasyka
Forum? A cóż to za nowość. Jeszcze nie skończyły się lata 80., a my już w naszym liceum mieliśmy forum. Najprawdziwsze! Nie wierzycie? To posłuchajcie. Zaczęło się tak...
piątek, 14 maja 2010
Nauczyciel na smyczy. Internetowej
Rodzic: Posiadanie maila służbowego jest dziś standardem i nauczyciel powinien go mieć. Z forum Gazety: Który mądry nauczyciel udostępni swój prywatny adres email, żeby się potem zastanawiać, kto mu podsyła obelgi z anonimowych adresów?
czwartek, 13 maja 2010
O ślimakach, gołębiach i budowie silnika
Za nic na świecie nie pamiętam, jak rozmnażają się ślimaki. Taka rozterka mnie dopadła, gdy po raz kolejny wędrowałam w kierunku mojego dawnego liceum. Czemu akurat ślimaki? Nie wiem, po prostu pamiętam, że na pewno się o tym uczyłam. Tylko po co? To jest dobre pytanie. Po co mi dziś taka wiedza, nad którą ślęczałam w nastoletnie popołudnia? Nie zostałam bioetykiem, który walczy o zachowanie wymierającego gatunku ślimaków. Na nic mi dziś wiedza o podziale mitochondriów. Co innego anatomia ptaków. Do dzisiaj pamiętam, że ptaki mają specyficzny układ pokarmowy: jak się najedzą i strawią, to po prostu resztki z nich wypadają. I jest to wiedza bardzo praktyczna, przydatna zwłaszcza, gdy muszę przejść przez jeden z radomskich parków. Przyspieszam wtedy kroku nerwowo zerkając w górę i modląc się, aby gołębie i kawki nie były tego dnia szczególnie najedzone ;-)
środa, 12 maja 2010
Szkolne wspominki, czyli rzecz o biurokracji

Odezwał się do mnie (mailowo) mój dawny kolega szkolny. Cenny kontakt, bo nie dość, że sobie powspominaliśmy i poprzypominaliśmy, to jeszcze podyskutowaliśmy, jako, że przez osiem lat pracował jako nauczyciel w stolicy. A teraz siedzi na Wyspach i z zazdrością podgląda pracę nauczycieli jego własnego syna i porównuje z tym, czego sam doświadczał naście lat temu ;-) 

„Generalnie to strrrrrraszną mizerię środków pamiętam: równia pochyła (na fizyce), której rolę miała grać stara krzywa linijka, a obiektem zsuwającym się po tej równi miała być kreda i nigdy to nie działało, jak trzeba. I ta nasza fizyczka (jak ona się nazywała?.) strasznie się wkurzała, że jej to nie działa. Pamiętasz, jak raz trzasnęła tą linijką w jeden kąt, a kredę kopnęła w drugi kąt, gdy znów jej spadło? Albo sprzęt do ZPT w I klasie, na który składały się dwa młotki: jeden ze złamanym trzonkiem, a drugi to w ogóle był sam trzonek.” - wspomina mój kolega ze szkolnej ławy. O sorze od biologii (wspominanym przeze mnie w pierwszym wpisie): „Uczył nieźle i dużo śmiechu było u niego na lekcjach (z obu stron). I to jego roztargnienie: Wymień pięć blaszkodziobych, po czym zaliczał odpowiedź: "kaczka, kaczka, kaczka, kaczka cyraneczka i gęś", bo akurat coś go absorbowało na boku :). A pamiętasz słynny dialog o jeżach w jeżynach? W ramach przedłużenia lekcji ktoś zadał pytanie o jad żmij. Sor zaczyna opowiadać historię o tym, że jad żmij może być niebezpieczny, że tylko jeże są odporne na ten jad. I przypomina mu się anegdota, że niedawno dzieci na wsi zbierały jeżyny i zostały pokąsane i nawet był przypadek śmiertelny. Chwila ciszy, więc ja jako ten błazen i w ramach gry na czas pytam:

- Jak to śmiertelny?? Od jeża???

- Od jakiego jeża?

- Przecież sor sam mówił, że jeże w jeżynach siedziały!

Chwila konsternacji. Odwraca się Marcin i woła:

- Ty głupi! To DZIECI w jeżynach siedziały!

Klasa w ryk, sor też, ale po chwili się czerwieni, nadyma i mówi:

- Nic już wam nigdy więcej nie opowiem.

Na szczęście nie dotrzymał słowa ;-)

I na koniec o realiach polskiej szkoły sprzed kilku lat, która, choć już wczasach internetu, nadal pozostawała szkołą tablicy, kredy i ... biurokracji.

„Będąc młodą lekarką, to znaczy chciałem powiedzieć, będąc nauczycielem ;-) raczej zachęcałem do korzystania z Wikipedii, tylko  starałem się tłumaczyć, co to jest korzystanie z informacji i czym się różni od przepisywania ich. Bo zdarzało się, że uczeń przychodził z wydrukowaną stroną z Wikipedii, nie to że nieprzepisaną, ale nawet nieprzeczytaną :D i nie widział w tym nic niestosownego. Laptopa w pracy (ze trzy razy w semestrze)używałem tylko w jednej szkole (z resztą społecznej), bo tylko w tej jednej szkole mieli jeden laptop. Swojego nie miałem, a nie wyobrażasz sobie nawet, jaka presja w szkołach jest wywierana na nauczycieli, żeby korzystali ze swoich rzeczy w pracy: własne gąbki, własna kreda, własne długopisy, laptopy, telefony do rodziców, filmy dvd, odtwarzacze najlepiej też itp. Jeśli chcesz używać - przynieś. Najsłabszą stroną pracy w szkole jest biurokracja. Uczenie jest na ostatnim miejscu. Możesz nie uczyć, byleś miał ewaluację dobrze napisaną potem. A przedtem żebyś miał plan wynikowy dobry w papierach. Najlepiej dla każdego ucznia osobno. No i grunt, żebyś miał odpowiednio wyglądającą teczkę z zakładkami w odpowiednich kolorach do awansu zawodowego. Wypełnianie dzienników jak za głębokiej komuny: 20 tabel, zliczanie godzin pod koniec semestru, potem dodawanie tych godzin, wszystkich godzin nieobecnych tyle a tyle, podstawiamy do wzoru na średnią ważoną, minus godziny nieusprawiedliwione, wpisujemy do trzech różnych tabel, a na końcu dodajemy wszystko na dole tabeli i to przepisujemy do czterech innych tabel, do semestralnej, rocznej, wspólnej ,srocznej i skocznej. Zaprawdę powiadam Ci, TONY nikomu niepotrzebnych papierów. Nikomu niepotrzebnych powtarzam z całą stanowczością. I to liczenie na kolanie, jak w latach 60...”

Przemku, dzięki za maile. Pozdrawiam z Radomia.

 Małgorzata Rusek, Radom

14:02, malgorzatarusek , Radom
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 maja 2010
Jestem dumna z mojej budy!

-Laptopy? Nie, raczej nie. Jeżeli już, to takie miniaturowe notebooki. Ale częściej iphony. Tam i tak jest wszystko: internet, mail - wyjaśnia mi pani Bożena Szulczyk, dyrektor „Chałubińskiego”, czyli mojego liceum, zasiadając przed ekranem komputera ustawionego na dyrektorskim biurku. Po chwili informuje mnie który nauczyciel ma w której sali lekcję i z którą klasą. Ha, jestem pod pełnym wrażeniem. Ale po kolei.

Budynek szkoły niewiele się zmienił. Może tylko jest bardziej kolorowy. Nasza „buda” w końcówce lat 80 - tych była jednak szara. Przed głównym wejściem... stojaki na rowery. I w dodatku, ani jednego wolnego miejsca.

wejście do liceum

Wchodzę do środka. Niestety, od wielu lat nie ma już pana Wacława. Gdyby był, z pewnością stałby przy drzwiach i z pewnością by mnie pytał, do kogo i po co idę. Wita mnie za to gwar przerwy. W ucho wpada fragment dyskusji trójki nastolatków: - Gdzie to znalazłeś? - Z onetu wziąłem! Oho, oto pokolenie internetowe.

Długa przerwa

Po rozmowie z panią dyrektor już wiem, że i szkoła jest „na bieżąco”: wprowadziła dziennik elektroniczny, dzięki któremu rodzice mają dostęp do informacji o edukacji swoich pociech, zakupiła projektory, przymierza się (koszty!) do kupna tablicy multimedialnej.

- Prowadzimy tradycyjne dzienniki, ale w większości sal mamy już komputery. Nauczyciel wprowadza tam dane o obecności uczniów, tam wpisuje oceny i uwagi - mówi pani dyrektor. W szkole jest sieć WiFi, ale z ograniczonym dostępem. Ograniczenie dotyczy i czasu korzystania (maksymalnie do 10 minut na sesję, czyli tyle ile trwa przerwa) i stron - nie na wszystkie uda się wejść przez szkolną sieć. W szkole są sale internetowe, tam też wprowadzono regulamin korzystania. A ponieważ, jak już zaznaczyła pani dyrektor, teraz praktycznie w każdym telefonie jest dostęp do sieci, ustalono również zasady korzystania z komórek: na lekcjach mają być wyłączone (przynajmniej dzwonki) i schowane w torbach.

- Nie pozwalamy, aby uczniowie wykorzystywali na lekcjach choćby funkcję kalkulatora w telefonie. Przecież nie o to tu chodzi. A już nie wspomnę, że mogliby połączyć się z internetem i sprawdzić odpowiedzi do zadań na klasówce. Dlatego zasady są jasne. Telefon ma być schowany - mówi pani dyrektor. Rozmawiałyśmy jeszcze długo: o kontach mailowych, naszej-klasie, bezprzewodowym internecie, nauczycielach i uczniach, którzy sami zrobili film o szkole!

14:08, malgorzatarusek , Radom
Link Dodaj komentarz »
Idę, raz kozie śmierć ;-)

Za niecałą godzinę mam się stawić w gabinecie pani dyrektor. Czuję lekkie motyle w brzuchu: Jak będzie? Co zobaczę? Czy coś mnie zaskoczy? Zadziwi? Mam taką nadzieję. Idę się przekonać, że moja szkoła się zmieniła, że jest nowoczesna i nadal przyjazna. Wiem, że tak jest. Przygotowując się do tej wizyty podejrzałam stronę internetową  http://chalubinski.pl/. Proszę bardzo, jeżeli ktoś ma wątpliwości, to zapraszam do Galerii. A tam na zdjęciach stanowiska komputerowe w bibliotece. Jest dobrze - myślę sobie. Ale to dopiero początek. Zasiądę w szkolnej ławie, bo chcę zobaczyć jak wyglądają teraz lekcje: czy na biologii ktoś używa projektora, a na matematyce tablicy multimedialnej. Czy na przerwie już nie chodzi się „na dymka”, tylko na serfowanie po sieci? Teraz tam jest takie ładne patio, z ławkami - świetne miejsce na chwilę relaksu. Idę, zostało mi już tylko pół godziny....

Moja szkoła dzisiaj

Małgorzata Rusek, Radom

09:18, malgorzatarusek , Radom
Link Dodaj komentarz »
sobota, 08 maja 2010
Telefon to luksus. A teraz jest Skype!

Siadamy przed komputerem, ustawiamy kamerkę i odpalamy Skypa.  Łączenie. Po drugiej stronie odzywa się szwagierka z oddalonego o ponad sto kilometrów miasta. Przed ekranem zasiada mój dziewięciolatek i zaczynają się „korepetycje z gry na flecie”. Bo pani zadała do domu, trzeba nauczyć się gry z nut, a mama (czyli ja), kiedyś grała, ale coś nie wychodzi, a ciocia (czyli szwagierka), oprócz tego że jest polonistką, ma także wykształcenie muzyczne. Po chwili słyszę dobiegające piszczące dźwięki fletu i spokojny głos szwagierki: „Było nieźle, ale spróbuj jeszcze raz. Popatrz, palec wskazujący tutaj, a środkowy tutaj”.  Nowoczesne technologie znów ratują pracę domową mojego dziecka. I to nie po raz pierwszy.  Internet, komputer, Skype, dla niego to nic niezwykłego. Ciekawe, co by zrobił w czasach, gdy nawet komórek nie było, a nawet telefon stacjonarny był luksusem?

Miałyśmy się z Kaśką, kumpelą z ławki, razem uczyć do klasówki z biologii. Dzwonię do niej do domu i dzwonię, telefon wciąż zajęty. Zajęty i zajęty i tak ponad godzinę, a czas ucieka. W końcu wpadam na pomysł aby zadzwonić do biura numerów i sprawdzić, czy linia nie jest uszkodzona. Okazuje się, że nie, tylko ktoś źle odwiesił słuchawkę. Pani  rozłącza połączenie i zwalnia linię. Po chwili dodzwaniam się do domu Kaśki, odbiera jej mama. Kaśki nie ma. Pobiegła na miasto szukać budki telefonicznej, z której dzwonił jej ówczesny chłopak i tam źle odwiesił słuchawkę… Oczywiście na wspólne kucie biologii tego dnia nie zostało już czasu.

A teraz mamy Skype’a, który okazał się nieodzownym narzędziem nauki choćby dla dzieci polskich emigrantów. Historia Polski, gramatyka, ortografia i polskie lektury przyswajane są dzięki babciom nauczycielkom.  Tak teraz też licealiści powtarzają materiał przed maturą. Albo uczniowie podstawówek uczą się gry na flecie. I to z jakim efektem!

Małgorzata Rusek, Radom

10:57, malgorzatarusek , Radom
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 maja 2010
Encyklopedia vs. Google, czyli bitwa starego z nowym

- Mamooooooo, mogę włączyć komputer? – mój dziewięciolatek drze się z końca domu, a mnie od razu zapala się ostrzegawcze światełko: komputer to gry, siedzenie godzinami przed monitorem, Internet i zakazane treści, na które, mimo założonych filtrów, może trafić. I choć nie chcę zrzędzić, to jakoś tak samo wychodzi.

- A lekcje odrobione?

- Ale to do szkoły, praca domowa – mówi z chytrym uśmieszkiem na twarzy. Wie, jak mnie podejść ;-)

- Mam znaleźć informacje na temat patrona Radomia. Pomożesz mi?

Pewnie, że pomogę, choć sam już doskonale porusza się po Internecie. Tę wiedzę wchłonął prawie równocześnie i równie naturalnie jak umiejętność czytania. Komputer stał w domu, gdy przychodził na świat, a od pierwszej klasy w podstawówce ma informatykę. Nie to co my, pokolenie rodziców dzisiejszych dziewięciolatków. Choć gdy byliśmy w liceum w niektórych domach pojawiły się pierwsze komputery (kto jeszcze pamięta Atari, Commodore, czy Spectrum? ) to były jeszcze bardzo prymitywne. No i – najważniejsze - nie było Internetu. Pamiętam, gdy sorka od polskiego zadała nam w ramach dodatkowych zajęć humanistycznych przed maturą napisanie referatów o kulturze polskiej. Mnie przypadły nowatorskie działania w teatrze. Godzinami przesiadywałam w bibliotece wyszukując odpowiednich książek. A i tak jak je wreszcie przytaszczyłam do domu, okazało się, że część jest zupełnie nietrafiona i nieprzydatna.

Pamiętam też lekcje polskiego, które pani profesor zorganizowała nam w miejskiej czytelni. Uczyliśmy się jak odczytywać i wypisywać fiszki biblioteczne, przeszukiwać katalogi, aby sprawnie odszukać wybraną pozycję.  Komu ta wiedza jest dziś potrzebna? Dziś jest Google.

- Mamooo, pisze się święty, czy siwięty? – mój dziewięciolatek walczy z pracą domową. Po chwili wyświetlają mu się linki do stron z informacjami o świętym Kazimierzu królewiczu. Wystarczy wybrać odpowiedni, kliknąć i gotowe. Tak dziś wygląda przeszukiwanie źródeł. Ciekawe, czy w szkole uczą ich jak wybrać właściwy link, jak zweryfikować znalezione informacje, jak z tego całego internetowego bałaganu wyłowić to, co naprawdę wartościowe? I czy ktoś jeszcze korzysta z papierowej encyklopedii?

Małgorzata Rusek, Radom

09:08, malgorzatarusek , Radom
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 maja 2010
Do szkoły? Nieeee! A jednak wracam

- Umiesz?

- Co????

- No jak to? Przecież jest klasówa z fizy! Powtórka z półrocza. Nic nie umiesz?

Budzę się zlana potem. Rany! Co za koszmar! Uświadamiam sobie, że na szczęście nie idę do szkoły, na szczęście nie będzie dziś fizy i na szczęście nie muszę już wkuwać o tych siłach co tam oddziaływują jedna na drugą, czego oczywiście nie do końca rozumiem, a nie wiedzieć czemu muszę pojąć na podstawie narysowanych na tablicy strzałek.  O, i co za szczęście, że idę po prostu do pracy. Na pewno? Przewrotny losie! Wracam w mury mojej budy!

Matura 1991

Oto ja – Małgorzata Rusek - uczennica klasy 4 E. Matura rocznik 1991.

Wracam do IV Liceum Ogólnokształcącego im. Tytusa Chałubińskiego w Radomiu, aby się przekonać, jak tam teraz jest. Już wiem, że w sekretariacie powitają mnie moje panie sekretarki, które kiedyś mówiły do mnie „Małgoniu”. Czy odnajdę tam dawnych nauczycieli? Wiem, że nie ma już srogiego i budzącego w nas strach fizyka. Tak naprawdę nie był aż taki srogi, miał taką pozę. Po prostu starał się nam wszelkimi siłami chociaż odrobinę tej fizyki wlać do głów. Pamiętam jak rzucał groźne spojrzenie, zwłaszcza przed półroczem i pod koniec roku i mówił: „Zbliża się okres, krew się poleje do wielkiej misy”. Cóż, płakaliśmy rzewnymi łzami, niektórzy pisali egzaminy komisyjne, ale jakoś udawało się przebrnąć.

W szkole nie pracuje już niesamowity oryginał, profesor od biologii. Ciepły i dobroduszny potrafił przepraszać ucznia za to, że niechcący usiadł na jego kanapce, którą notabene podrzucili mu na krzesło figlarni dowcipnisie. Nie ma też już wśród kadry pani od geografii, która choć ze względu na niewysoki wzrost ginęła wśród moich kolegów koszykarzy, to była wielka duchem. Od niej słyszeliśmy o Katyniu, o tym, że tam zginął jej ojciec, że to wpłynęło na jej losy. Takich osób, które wspomina się z ogromnym sentymentem, było tam więcej, jak choćby nasza wychowawczyni – sorka od chemii. Na jednej z pierwszych lekcji wychowawczych na tablicy wypisała wzory chemiczne, aby obrazowo wyjaśnić młodzieży, na czym polega… ból dnia po imprezie. Mówiła o tym, jak białko się ścina w kontakcie z alkoholem i że neutralizuje to kwas, na przykład z ogórków kiszonych, po czym zakończyła – Więc nie pijcie drogie dzieci, szkoda żołądka! A tak poza tym, to wciąż i z uporem ratowała nasze niesforne głowy przed gromami ze strony innych nauczycieli i najróżniejszymi kłopotami, w które, z uporem maniaków, sami się wpędzaliśmy. Bo nie ma co ukrywać, ale aniołkami nie byliśmy. Pani profesor chyba mocno wierzyła, że wyjdziemy na ludzi i jak się okazało, miała rację ;-)

Małgorzata Rusek

No więc idę znów do szkoły. Zamiast torby na ramię z książkami, torebka, a w środku dyktafon, aparat cyfrowy, laptop z dostępem do internetu, komórka – wszystkie dobrodziejstwa dzisiejszej technologii. Pewnie to samo noszą w plecakach i torbach szkolnych dzisiejsi „chałubińszczacy”. To zupełnie inne pokolenie, pokolenie ery Internetu. Czy w starych murach, przy tym wszystkim, pozostał nadal duch MOJEJ szkoły?

Małgorzata Rusek, Radom

11:18, malgorzatarusek , Radom
Link Dodaj komentarz »
| < Luty 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28